piens.pl / POLSKA / Akcja „N” (cz. 4) – dlaczego Niemcy nie odkryli, kto im to robi?

Akcja „N” (cz. 4) – dlaczego Niemcy nie odkryli, kto im to robi?

Stefan Czesław Anders

Akcja „N” (cz. 4) – dlaczego Niemcy nie odkryli, kto im to robi?

 

Dziwne widowiska

Od drugiej połowy 1941 miasta niemieckie stały się widownią częstych, a wielce szczególnych widowisk. Nagle – w najbardziej zaskakujących porach, np. w środku nocy czy w największym szczycie ruchu w ciągu dnia – bataliony SS z obowiązkowymi dobermanami na smyczach otaczały budynek poczty głównej. Poczym rewidowały wszystkich nadawców listów, kazały otwierać wszystkie listy, sprawdzały wszystkich pracowników poczty i wszystkie pomieszczenia, otwierały wszystkie listy dostarczone ze skrzynek pocztowych do wysłania przez listonoszy. Czegoś z uporem szukali…

I takie akcje powtarzały się bardzo często, także w 1942 i w 1943 roku! W setkach niemieckich miast, w centrach pocztowych zbierających przesyłki do wysłania. Jak wspomnieliśmy, samo Gestapo zatrudniło do wyśledzenia „zakonspirowanych” (faktycznie nieistniejących) opozycyjnych organizacji – 100 tysięcy pracowników! Wspomniane tu bataliony SS stanowiły dodatkowe siły biorące udział w „akcji”. Tym samym nie zajmujące się innymi zadaniami…

Jak wspomnieliśmy – sam fakt przeniesienia do Krakowa w połowie 1943 roku najbardziej zaawansowanej technicznie drukarni rządowej z Berlina – świadczy dobitnie, że Niemcy nie mieli pojęcia, iż to Polska jest centrum produkcji „opozycyjnych” druków w języku niemieckim, w tym „zarządzeń” niemieckich władz, administracyjnych i wojskowych.

Cały czas uparcie szukali osób, które nadają przesyłki – by poprzez tortury i inne metody śledztwa dotrzeć od osób do organizacji – a nie pomyśleli, że włączenie do dystrybucji następuje na etapie transportu już nadanej poczty. Jak to było możliwe, że popełnili taki błąd?

Geneza błędu

Aby to zrozumieć, potrzebna jest znajomość pewnych liczb. W połowie roku 1942 Albert Speer, minister przemysłu w rządzie III Rzeszy, zarządził roczną produkcję 5 tysięcy parowych lokomotyw dla pokrycia strat wskutek zużycia i działań wojennych na froncie wschodnim. Te 5 tysięcy to była jedna trzecia posiadanego taboru – i Speer uważał produkcje na tym poziomie za wystarczającą. Czyli w użyciu było 15 tysięcy lokomotyw. Oznacza to, że po terenach Niemiec i okupowanej Europy jeździło codziennie około 10 tysięcy składów pociągów. Oczywiście – nie każdy pociąg miał wagon pocztowy. Ale załóżmy, że 2 tysiące pociągów, zwłaszcza jadących do i z frontu wschodniego – taki wagon miało. Obsługa złożona z Polaków, gdy pociągi te wjeżdżały do Rzeszy – mogła być najwyżej w 50 do 100 z nich. Nadto – z kilkuset paczek z listami, jakie mieszczą się w dużym pocztowym wagonie – paczki z listami zawierającymi gazetki lub ulotki mogło zawierać tylko 10 czy 20 paczek. Oczywiście – wszystkie z nie wzbudzającymi żadnych podejrzeń, jak najbardziej „autentycznymi” stemplami niemieckiej poczty.

Otóż wykrycie czegoś takiego poprzez przypadkowe kontrole – takie były w ramach rutynowych działań niemieckiej poczty i policji – było jak szukanie igły w stogu siana. Kontrole rzecz jasna z zaskoczenia wpadały do wagonów pocztowych, sprawdzały listę towarów (pocztą nadawano nawet meble, rowery, duże drewniane skrzynie z zawartością, czasami cenne precjoza – tzw. paczki wartościowe), sprawdzały ewentualnie zawartość cennych przesyłek (czy nic nie zostało ukradzione), oczywiście liczyły liczbę paczek z listami (czy zgadza się z manifestem przewozowym, czy coś nie zginęło). Wszystko się oczywiście zgadzało, niemiecka poczta słynęła z rzetelności…

Tu trzeba było inaczej myśleć i jakby z góry założyć niebezpieczeństwo na jakie jest narażony główny kanał dystrybucji. Dlaczego funkcjonariusz Gestapo tak nie pomyśleli?

Otóż nazistowskie Gestapo w latach 1933-34 rozbiło całą niemiecką opozycję, a zwłaszcza nierzadko naprawdę dobrze zakonspirowane organizacje komunistyczne. Stanąwszy wobec „opozycyjnych” druków, które na coraz większą skalę zaczęły pojawiać się od wiosny 1941 roku, a których bezbłędna niemczyzna i żargon (regionalny jak i polityczny czy wojskowy), nie budziły najmniejszych wątpliwości co do autentyzmu – oficerowie Gestapo po prostu myśleli, że dawny wróg w jakiś sposób zmobilizował się od nowa. Nijako byli psychologicznie przygotowani na „powtórkę” poprzednich akcji. A nie przyszło im do głowy, że może to robić inteligentny przeciwnik.

Mamy więc zaznaczające się w tej kwestii dwa schematyzmy myślenia. Jeden wynikły z uprzednich doświadczeń – a drugi z niemieckiej pychy. Prawdopodobnie szkolenie nazistowskie sprawiło, że oficerowie Gestapo uwierzyli, że Słowianie to podludzie, rasy niższe – a to implikowało i myślenie, że skoro tak… To z pewnością doskonałej znajomości języka niemieckiego, w tym biurokracji cywilnej i wojskowej, nadto niewiarygodnie sprytnej dywersyjnej akcji – spodziewać się po takich „podludziach” z pewnością nie należy!

Cała reszta, całe umiejętne utrzymanie Niemców do końca w takim myśleniu – to było mistrzowskie i znakomicie przewidujące kierowanie Akcją „N” przez kapitana Tadeusza Żenczykowskiego.

Genialne dowodzenie

Kilkakrotnie wspominaliśmy o perfekcji językowej oraz doskonałości podrobionych druków, stempli poczty niemieckiej. Jednak było coś jeszcze… Tadeusz Żenczykowski był znany jeszcze przed II wojną światową z błyskotliwego myślenia, ze zdolności przewidywania. Otóż – przez 40 miesięcy trwania Akcji „N” – nie mniej błyskotliwie przewidywał on możliwe niemieckie kontr posunięcia.

Akcja „N” po początkowych ulotkach rozpowszechnianych w Polsce, zaczęła się na dobre w wielkich miastach niemieckich. Potem przyszła kolej na front wschodni i ogólnie całe siły zbrojne III Rzeszy.

Pierwszymi listami do niemieckich odbiorców rozsyłano głównie gazetki. Gestapo zarządziło wprowadzenie w urzędach pocztowych specjalnych wag do listów. Przesyłki cięższe niż norma – miały być przy nadawcy natychmiast otwierane. Ale kapitan „Kania” to przewidział – i gdy wprowadzone wagi weszły do użycia – akurat Polacy zaczęli wysyłać Niemcom same lekkie ulotki!

Podobnie Akcja „N” rozpoczęła się w wielkich miastach przemysłowych III Rzeszy. Gdy Niemcy skierowały do akcji na urzędy pocztowe w wielkich miastach naprawdę znaczące siły SS i policji – kapitan Żenczykowski akurat „przekierował” akcję na miasta mniejsze i średniej wielkości. Pierwszym z nich było München Gladbach – wówczas miasto około 100 tysięczne. W dodatku „Kania” postanowił w tym mieście „przetestować” wersję akcji mającą na celu załamanie morale całości populacji. Swoje druki Akcja „N” skierowała na prawie każdy adres domowy. A podziemna armia (Armia Krajowa) miała w München Gladbach bardzo dobrą komórkę wywiadu. Ta meldowała do Warszawy do Komendy Głównej o pojawieniu się tysięcy ulotek podziemnej organizacji o profilu chadeckim, o następowym zbiorowym minorowym nastroju – jaki ogarnął mieszkańców miasta, przekonaniu, że wojna jest przegrana, spadku tempa produkcji, pojawieniu się zbiorowego lęku przed nadciągającymi strasznymi nalotami aliantów, etc. Doniesienia wywiadu cytowały m.in. jak najbardziej autentyczne rozmowy mieszkańców München Gladbach… Te informacje własnego wywiadu (który oczywiście o Akcji „N” nic nie wiedział) dowódca podziemnej armii, generał Stefan Grot-Rowecki – przekazywał kapitanowi Żenczykowskiemu z dowcipnymi komentarzami, i z gratulacjami!

Rzecz w tym, że informacje placówek wywiadu Armii Krajowej z różnych miast w Niemczech przesyłane do Warszawy, kilkakrotnie przypadkowo przechwycili Niemcy! Meldowanie przez polski wywiad, że pojawiły się niemieckie organizacje opozycyjne – Gestapo przyjęło za gwarancję, za dodatkowe upewnienie, że te organizacje jak najbardziej autentycznie istnieją. Bo przecież Polacy nie meldowaliby o tym własnej centrali, gdyby to sami robili! Oficerom Gestapo nie przyszło do głowy, że mający opcję priorytetu na punkcie bezpieczeństwa kapitan „Kania” zażądał najściślejszego zakonspirowania własnego oddziału – nawet przed innymi jednostkami organizacyjnymi Armii Krajowej! I znowu: trzeba błyskotliwie myśleć, jeżeli walczy się z przeciwnikiem, który tak myśli i działa. Ale jeżeli myśli się, że przeciwnik to „podludzie”… Cóż – potem nie należy się dziwić, że myszka wywija kotem!

Lista genialnych posunięć Tadeusza Żenczykowskiego – jako dowódcy – jest długa. Po sławnej „Instrukcji w sprawie pojenia koni na Froncie Wschodnim”, jedna z podziemnych berlińskich organizacji wojskowych symulowanych przez kapitana „Kanię” wydała gazetkę, w której opisała jako przykład arogancji prowadzącej do zbliżającej się klęski i kolejny przykład „idiotów w dowodzeniu” – właśnie ową instrukcję. Ale zrobiła to z taką znajomością szczegółów, kiedy i do jakich jednostek rozesłano „Instrukcję” – że Gestapo wyciągnęło z tego jeden wniosek: Takie szczegóły mogą znać tylko ci, którzy to sami zrobili! (Co samo w sobie – paradoksalnie – było racją.) Podsłuchy i inwigilację oficerów Dowództwa Armii Rezerwowej w Berlinie wręcz potrojono!

Podobnie zasymulowana przez Tadeusza Żenczykowskiego opozycyjna organizacja w NSDAP pokazywała jako przykład bałaganu i niekompetencji obecnego kierownictwa partii z Hitlerem na czele – właśnie wzywanie na nieistniejące narady wysokich urzędników partii czy odpowiedzialnych za przemysł. Ale skąd mogli wiedzieć, kogo, kiedy i dokąd wezwano? No jasne – skoro sami to zrobili! Wstrętni zdrajcy i dywersanci!!!

Ubocznym efektem w tej konkretnej sprawie był fakt, że nawet w najwyższym kierownictwie NSDAP – parteigenossen zaczęli patrzeć wzajemnie na siebie bardzo podejrzliwie. Bo skąd ci zdrajcy mieli nasz papier nagłówkowy ze znakami wodnymi???

Bohaterstwo

Bieżące pomysły „maskujące” własną akcję stosowane przez kapitana „Kanię” były tak doskonałe, że wiary Gestapo w podziemne organizacje na terenie III Rzeszy nie zachwiało nawet aresztowanie kilku osób bezpośrednio związanych z Akcją „N”. Wszystkie one nastąpiły w połowie 1943 roku.

W Warszawie w czasie ulicznej łapanki został przypadkowo aresztowana młoda piękna żona Tadeusza Żenczykowskiego. Miała przy sobie znaczną ilość druków w języku niemieckim. Tłumaczyła gestapowcom, że druki te właśnie znalazła i szła zanieść do siedziby Gestapo. Ci oczywiście nie uwierzyli… Bohaterska Polka wkrótce zmarła w czasie tortur w czasie śledztwa w siedzibie Gestapo – nie wydawszy nikogo. Niedługo potem również przypadkowo aresztowano najważniejszego kolejarza- kuriera, o pseudonimie Żbik. Ten poszedł w odwiedziny do swojego znajomego, a tam akurat była pułapka zastawiona przez Gestapo, które ustaliło, że ów znajomy należy do jakiejś antyhitlerowskiej organizacji… I czekało, może ktoś jeszcze z członków tej organizacji przyjdzie z wizytą. „Żbik” miał również przy sobie plik opozycyjnych ulotek po niemiecku… Stała się jednak rzecz niebywała – najważniejszy kolejarz-kurier uciekł Niemcom z więzienia w Toruniu. I jeszcze przyprowadził ze sobą kilku współwięźniów! Człowiek ten był znany z niebywałego wprost sprytu i odwagi. Zwróćmy uwagę, że te dwa aresztowania nastąpiły, jakby powiedzieć: „daleko od wagonu pocztowego”. Na szczęście dla dalszego pełnego sukcesów kontynuowania Akcji „N”.

W lipcu 1943 wskutek zdrady Gestapo aresztowało dowódcę Armii Krajowej – generała dywizji Stefana „Grota” Roweckiego. Zdrada nastąpiła najprawdopodobniej z grona oficerów żydowskiego pochodzenia, tak hołubionych w Wojsku Polskim przez marszałka Piłsudskiego (dyktatora w Polsce w latach 1926-35) – których kilkoro znajdowało się w dowództwie podziemnej armii. Ci oficerowie prawdopodobnie z inspiracji masońskiej eliminowali dowódcę Polaków, Polaka który był zbyt inteligentny i uczciwy. Jest możliwe, że już wówczas zaczęli oni współpracę z komunistami.

Nie wiemy jak i kiedy zginął dowódca podziemnej armii. Prawdopodobnie zmarł w czasie tortur, także nie wydawszy nikogo. A wiedział on wszystko o Akcji „N”. Wiemy jedno: żadna kontrakcja przeciwko Akcji „N” ze strony Niemców nie nastąpiła…

Bestialstwo Niemców w okupowanej Polsce wyzwoliło niesłychaną determinację w stawianiu oporu i w walce o klęskę III Rzeszy. Ale niesłychane bohaterstwo żołnierzy podziemnej armii umożliwiało kontynuację tej niezwykłej walki. Jak widać, to bohaterstwo miało szerokie spectrum: od głównodowodzącego po szeregowych żołnierzy i żony oficerów…

Czynniki psychologiczne

Konspiracja jest zwykle długoczasowym działaniem z niepewnym finalnym sukcesem, za to z dużym ryzykiem ofiar. Żołnierze Akcji „N” byli w tej komfortowej sytuacji, że efekty swoich działań widzieli praktycznie od razu. Czy to Niemki ustawiające się kilometrowych kolejkach przed komendami policji w okupowanej Polsce – by zdać „obowiązkową” paczkę z żywnością dla rannego niemieckiego żołnierza – i stojące godzinami, by dowiedzieć się, że żadnej akcji wysyłania paczek nie ma… Czy to przerażeni młodzi rekruci jadący na ostatni przed wyjazdem na front urlop do domu – rozmawiający między sobą w pociągach o odmrożeniach na froncie wschodnim… Czy wściekli gaulaiterzy (najwyżsi rangą prowincjonalni dostojnicy NSDAP) – w wagonach restauracyjnych nie umiejący powstrzymać swego gniewu z powodu kolejnego wezwania na naradę, której w ogóle nie było… Najwyższe Dowództwo Wehrmachtu (OKW) wydało oficjalne ostrzeżenie przez pojawiającymi się gazetkami i ulotkami wywrotowych organizacji i nakazało dowódcom szczególnie staranne zwracanie uwagi na ten problem. Tę instrukcję Komenda Główna AK, zdobytą przez wywiad AK – przesłała kapitanowi Żenczykowskiemu… A ten kazał odczytać swoim żołnierzom. Z gratulacjami!!!

Każda myszka wywijając groźnym kocurem – wiedząc jak jest skuteczna – ma naturalne pozytywne wzmocnienie zwrotne własnych działań. I coraz to nowe i lepsze kolejne pomysły – jak tym kotem dalej machać!

Żołnierze akcji „N” w swoich pamiętnikach wielokrotnie podkreślali, że słuchając o czym Niemcy mówią między sobą w pociągach, czy obserwując efekty własnych działań – wprost nie mogli powstrzymać się od śmiechu! Mieli z tym wielkie trudności! I rzeczywiście – przychodziły im do głowy coraz to nowe pomysły… A może wezwiemy niemieckie żony i matki do ustawienia się w kilometrowe kolejki przed posterunkami policji? A może wyślemy im instrukcję, jak mają się ewakuować???

Pewna skłonność ówczesnych Niemców do schematyzmu w myśleniu, podobnie jak przekonanie o własnej wyższości i kult posłuszeństwa, nawet dość absurdalnym zarządzeniom – te cechy charakteru dla ludzi inteligentnych są zresztą zawsze trochę śmieszne – same w sobie.

Zakończenie Akcji „N”

Nastąpiło ono w marcu 1944 roku. Podobnie jak w grudniu 1940 roku Akcja „N” „wystartowała” – na rozkaz naczelnego dowódcy podziemnej armii. Nowy głównodowodzący, generał Tadeusz „Bór” Komorowski, uznał w marcu 1944, że nie ma już potrzeby prowadzenia dywersji ideologicznej wśród Niemców. 90% Niemców wie, że przegrali wojnę. Za to kapitan Żenczykowski jest mu potrzebny by z kolei walczyć z nasilającą się na ziemiach polskich propagandą komunistyczną oraz szykować polską prasę i rozgłośnię radiową – które zostaną uruchomione w momencie powstania przeciwko Niemcom, gdy do ziem polskich będą zbliżali się Sowieci.

Kapitan Żenczykowski – z właściwą dla siebie troską o bezpieczeństwo, po zakończeniu Akcji „N” obrał dla siebie i swoich ludzi nowe pseudonimy. Teraz nazywał się „Kowalik”.

Kulminacyjnym momentem tegoż przygotowywanego powstania było Powstanie Warszawskie w dniach 1 sierpnia – 2 października 1944 roku. Kapitan „Kowalik” w czasie powstania wydawał polską prasę, a zwłaszcza kierował nadawaniem programów radiowych dla ludności stolicy Polski.

Po Powstaniu wraz ze swoimi żołnierzami trafił do niemieckiej niewoli. Tam doczekał się wyzwolenia przez aliantów w 1945 roku.

Niemcy osoby podejrzane o działalność przeciwko III Rzeszy na jej terytorium bez żadnych skrupułów wyciągali z obozów jenieckich i poddawali okrutnym śledztwom. Fakt, że Tadeuszowi Żenczykowskiemu nie zrobili żadnej krzywdy, ani innym żołnierzom Akcji „N” – świadczy tylko o jednym. Niemcy nie wiedzieli, kim oni są i czym się zajmowali!

Po II wojnie światowej kapitan Żenczykowski osiadł w Anglii. Był m.in. dyrektorem rozgłośni polskiej Radia „Wolna Europa”. Zmarł w 1988 roku…

Akcja „N” – bilans geostrategiczny

Jest to – jak się wydaje – ogromnie nie doceniany temat. Wiemy, że Akcja „N” spowodowała zatrudnienie przez gestapo 100 tysięcy funkcjonariuszy – tropiących organizacje widma. Ale z nimi współpracowała bliżej nie określona liczba batalionów SS, kompanii policji – koniecznych choćby dla organizowania wspomnianych obław w urzędach pocztowych. Mówienie o zatrudnieniu jednej pełnej frontowej armii nie jest tu przesadą. Jest wręcz skromnym szacunkiem zamętu, jaki zafundował kapitan Żenczykowski władzom III Rzeszy. Ponieważ oddział Akcji N liczył – wraz z drukarzami – w najbardziej intensywnym okresie pracy zaledwie 950 osób, więc każdy żołnierz Akcji „N” dał „zatrudnienie” przeszło 100 Niemcom. I „wywijał” nimi jak…

Oczywiście – 100 tysięcy ludzi to zaledwie około 1% niemieckich sił zbrojnych. Ale taka liczba, taka armia – gdyby była na froncie – mogłaby przesądzić o wygraniu niejednej bitwy.

Czy rozesłanie przeszło miliona druków w języku niemieckim miało realny wpływ na naród niemiecki? Liczący przeszło 80 milionów osób? Otóż okazało się, że miało. Nie brak zresztą dowodów, że druki Akcji „N” podlegały w Niemczech i w niemieckich siłach zbrojnych swoistej wielokrotnej „redystrybucji”. Były przekazywane zaufanym znajomym, a nawet za wysoką cenę odsprzedawane. Więc ten milion należy zasadnie pomnożyć przez 5 lub 10. Nie brak też dowodów, że druki Akcji „N” cieszyły się wielkim autorytetem. Historycy angielscy przekonali się, z jakim pietyzmem były przechowywane przez niemiecką ludność, jako pisma „naszej opozycji przeciw Hitlerowi”!

Na ten autorytet złożyło się kilka czynników. Kilkakrotnie zapowiedzi podane przez kapitana Żenczykowskiego – okazały się prawdą. Trudną do uwierzenia, ale potem całkowicie prawdą! Jak na przykład zapowiedzi wielkich niszczących nalotów, wielkich formacji bombowców alianckich, przenoszących bomby o wielkiej wadze i sile niszczenia. Wiemy, że przed redagowaniem takich ulotek, kpt. „Kania” zasięgał zdania polskich specjalistów lotnictwa. Jaki jest, na przykład, maksymalny możliwy do zbudowania, udźwig bomb dla bombowca dalekiego zasięgu? Itp. Może dlatego w swych pełnych grozy przepowiedniach o zbliżających się strasznych nalotach – dokładnie trafił w prawdę. Podobnie „niemieckie” gazetki dla żołnierzy z informacjami o aktualnej prawdziwej sytuacji na frontach – redagowali najlepsi polscy oficerowie. W oparciu o specjalnie nadawane serwisy z Londynu. To dlatego żołnierze Wehrmachtu potem odsprzedawali sobie te gazetki za astronomiczne sumy. „Chcesz wiedzieć, co się naprawdę dzieje na frontach? To dam ci poczytać. Ale to kosztuje!” A Gestapo było przekonane, że generalicja naprawdę „knuje” przeciwko Führerowi… Cóż, te teksty pisał super-fachowy oficer. Tyle, że nie niemiecki!

Nie ulega wątpliwości, że morale niemieckiej armii na froncie wschodnim załamało się szybciej, niż na zachodnim. Ale też Front Wschodni był głównym „polem pracy” Akcji „N” w niemieckich siłach zbrojnych.

Jeden fakt, zdaje się uchodzi uwadze historyków: Do końca II wojny światowej żadna prawdziwa podziemna organizacja antyhitlerowska w Niemczech nie powstała. Oprócz oczywiście, rachitycznych spisków wojskowych. Ale dlaczego ludzie o opozycyjnych sposobach myślenia, których przecież nie brakowało i w kręgach chrześcijańskich, i w kręgach socjaldemokratycznych – nie zrobili nic, żadnego ruchu?

Na to pytanie jest tylko jedna racjonalna odpowiedź. Nie zrobili nic – bo myśleli, że taka podziemna opozycja już istnieje!!! Nie ma sensu wsadzać kija w szprychy pędzącego wozu i tworzyć nowe organizacje, gdy te już są – i ich członkowie są tacy świetni w skutecznym działaniu. A jedynie sens ma się dołączyć, gdy nam to ewentualnie zaproponują…

A spiski wojskowe – wcześniejszy skupiony wokół admirała Canarisa i późniejszy, jaki rzeczywiście powstał w Dowództwie Armii Rezerwowej – były bardzo nieliczne. Zwłaszcza ten drugi. Wojskowi na każdym kroku przekonywali się, jak są inwigilowani. Co skutecznie uniemożliwiało im większe przedsięwzięcia…

To muszą być fakty brane pod uwagę jako zaskakujące globalne strategiczne skutki Akcji „N”…

Nie ulega też wątpliwości, że na okupowanych ziemiach polskich, typ przybyłego z Niemiec butnego i okrutnego urzędnika okupacyjnego, całkowicie pewnego, że tym razem zajęli Polskę na zawsze – z jesieni 1940 roku – zamienił się na… Przekonanego o klęsce, zdezorientowanego co do zarządzeń własnych władz, przekonanego o ich niekompetencji, częstej dywersji i bałaganie we własnych władzach, przeważnie też starającego się być demonstracyjnie życzliwym dla Polaków, nadto przekonanego o potędze i świetnej organizacji polskiego podziemnego państwa – przestraszonego i niepewnego urzędnika okupacyjnego z końca 1943 i z początków 1944 roku…

Główny udział w tej „metamorfozie” miała – oczywiście Akcja „N”.

Jeśli chodzi o przykład skutecznej dywersji ideologicznej, jaką pokonany i poddany zdumiewająco okrutnej okupacji, w sumie niewielki kraj zafundował zwycięskiemu mocarstwu – w całej historii rodzaju ludzkiego nie wydarzyło się nic podobnego.

Sprawdź także

Po 89 r. nazwano latami wolności, czy jednak tak było?

Jak zwyczajny Polak czuje, co się stało z Polską po tzw. „upadku  komunizmu”, co się stało politycznie i …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: