piens.pl / WIARA / Czy nadchodzi już odstępstwo?

Czy nadchodzi już odstępstwo?

Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia
2 Tes 2,7

Paweł Lisicki o dokumencie „Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne”(Rz, 11,29)

Nic dziwnego, że publikacja wywołała ogromne zainteresowanie światowych mediów. Dawno już tyle uwagi nie poświęciły one wystąpieniom katolickich hierarchów, tym bardziej, że tym razem treść dokumentu przedstawili na konferencji razem kardynał Kurt Koch i rabin David Rosen. I wszystkie, słusznie, podkreślały rewolucyjne elementy nowej nauki.

Katolicy nie mogą nawracać Żydów, zamiast tego mają razem z nimi walczyć z antysemityzmem – to przesłanie nowego dokumentu wybiły po kolei „The New Jork Times”, BBC, reuters, „The Guardian”, Time, „Daily Mail” – mógłbym mnożyć kolejne tytuły. To samo zauważyły media polskie, choć te związane z Kościołem relacjonują treść dokumentu nieco bardziej powściągliwie. I tak gość.pl pisze, że „Kościół nie przewiduje misji wobec Żydów”, inne zaś ograniczają się do podawania samego tytułu publikacji, ewentualnie podkreślają, że pojawiła się ona pięćdziesiąt lat po ogłoszonej na Soborze Watykańskim II deklaracji „Nostra Aetate”. Najbardziej szokujący fragment tekstu mówi, że chociaż dla chrześcijan „może być tylko jedna droga do zbawienia, to nie wynika z tego w żaden sposób, że Żydzi są wykluczeni ze zbawienia przez Boga ponieważ nie wierzą w Jezusa Chrystusa jako Mesjasza Izraela i Syna Bożego”. Wniosek jest z tego rozumowania oczywisty: “oznacza to, że Kościół katolicki ani nie prowadzi ani nie popiera żadnej instytucjonalnej działalności misyjnej skierowanej do Żydów. Chociaż z zasady odrzuca się instytucjonalną misję do Żydów, to tym niemniej chrześcijanie są powołani do niesienia świadectwa swej wiary w Jezusa Chrystusa także Żydom, chociaż powinni oni to robić w sposób wrażliwy i pokorny, uznając, że Żydzi są nosicielami Słowa Boga, szczególnie w obliczu wielkiej tragedii Zagłady (Szoach)”.

Przekładając to z watykańskiego na polski: Kościół Żydów nawracać nie będzie, bo nawrócenia nie potrzebują. I to nie tylko nie będzie tego robił instytucjonalnie, ale w ogóle. Wprawdzie autorzy dokumentu niby podtrzymują obowiązek niesienia świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa, robią to jednak w taki sposób i opatrują je tyloma zastrzeżeniami – ma to być robione pokornie, z wrażliwością, uznaniem dla Żydów jako nosicieli słowa Boga i z pamięcią o Zagładzie – że faktyczne nawrócenia konkretnego Żyda staje się najwyraźniej czymś wręcz niepożądanym. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że byłoby ono wręcz swoistym nieszczęściem.

W pewien sposób dokument ten faktycznie stanowi ukoronowanie procesu, który zaczął się publikacją „Nostra Aetate”. Tym bardziej, jeśli wie się, jaki był los dwóch głównych autorów soborowego tekstu sprzed pięćdziesięciu lat. Pierwszy, nieżyjący już ksiądz John Oesterreicher, jeszcze w latach 40. XX wieku założył w Nowym Jorku specjalny instytut katolicki, który miał wspierać misję wśród Żydów tylko po to, by w latach 60. ogłosić, że ta nie ma już sensu i jest czymś niewskazanym. Jeszcze bardziej zradykalizował się drugi współtwórca tekstu, Gregory Baum, który pod koniec lat 60. zerwał z Kościołem, a w 1974 roku ogłosił, że w samej zasadzie wiary w Jezusa jako Chrystusa kryje się groźny potencjał antysemicki. Z tego punktu widzenia słowa kardynała Kocha są jedynie logicznym dopełnieniem wcześniejszego rozwoju.

Jednak z punktu widzenia ciągłości tradycji jest to po prostu przewrót. Pierwszym historycznie świadectwem misji do Żydów są słowa świętego Pawła z napisanego na początku lat 50. I w. n.e. listu do Galatów. Pisze w nim, że jemu apostołowie w Jerozolimie powierzyli głoszenie Ewangelii wśród pogan „podobnie jak Piotrowi wśród obrzezanych”. I dalej: „Ten bowiem, który współdziałał z Piotrem w apostołowaniu obrzezanych, współdziałał i ze mną wśród pogan  i uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych, byleśmy pamiętali o ubogich, co też gorliwie starałem się czynić.” (Ga, 2, 7-9) Od samego zatem początku działalność ewangelizacyjną wśród Żydów prowadzili Piotr, Jakub i Jan – ten drugi zresztą zapewne z tego powodu zginął śmiercią męczeńską w 62 r. n.e. w Jerozolimie. Sam Paweł zresztą, o czym wielokrotnie wspomina w swych listach, też głosił i chciał nawracać współczesnych sobie Żydów, a ich opór i odrzucenie Ewangelii napełniała go bólem i sprawiała największe możliwe cierpienie. Apostołowie byli w tym sensie tylko wiernymi wykonawcami nauk swego Mistrza, który sam stwierdził, że został posłany tylko do owiec, które zginęły z domu Izraela! (Mt 15, 21-28).

Autorzy tekstu watykańskiego słusznie podkreślają, że na nauki Jezusa trzeba patrzeć w ich ówczesnym kontekście. Tyle, że z tej zasady wywodzą absolutnie nieuprawnione wnioski. Nie ma bowiem wątpliwości, że jak choćby napisał współczesny katolicki biblista Brant Pitre , Jezus uważał, że dar życia wiecznego zależy od uznania Go przed innymi (Mt 10, 33; Mk 8, 38; Łk 12, 8-9). Tego samego domaga się święty Piotr według Dziejów Apostolskich od Żydów zgromadzonych w Jerozolimie, podobnie wielokrotnie podkreśla to święty Paweł w swoich listach. Żeby obejść te nauki trzeba wprowadzić radykalnie subiektywne odczytanie starożytnych tekstów. Autorzy dokumentu robią to, sugerując raz za razem, że wszystkie te nauki były prawdziwe …dla tych, którzy je przyjęli. Przykro to powiedzieć, ale przekonanie, że jakikolwiek Żyd żyjący w I w.n.e. mógł rozumować w podobny sposób jest niedorzeczne. Dla starożytnych Słowo Boga było niepodzielne; mogło być jedynie prawdziwe lub fałszywe. W pierwszym przypadku należało się go słuchać, w drugim je odrzucić. Myśl, żeby było ono prawdziwe dla tych, którzy w nie uwierzyli, a nieprawdziwe dla tych, którzy go nie przyjęli nie mieściła się w ich kategoriach rozumowania. Naprawdę ani sam Jezus, ani jego uczniowie nie byli dialogistami i dialektykami żyjącymi w epoce po Oświeceniu!

Wszystkie te dziwne rozumowania mają swoje źródło w osobliwym przeświadczeniu watykańskich teologów, zgodnie z którym nauka Kościoła musi uwzględnić doświadczenie Szoach. Jest to o tyle zaskakujące, że w innych wypowiedziach kościelnych odrzuca się, słusznie, związek między nauką Kościoła a Holocaustem. Sam Jan Paweł II mówił, że „w świecie chrześcijańskim bowiem – choć nie twierdzę, że za sprawą samego Kościoła jako takiego – zbyt długo krążyły błędne i niesprawiedliwie interpretacje Starego Testamentu dotyczące narodu żydowskiego i jego domniemanych win, rodząc wrogie postawy wobec tego ludu. Przyczyniły się one do uśpienia wielu sumień i w konsekwencji, gdy Europę zalała fala prześladowań inspirowanych przez pogański antysemityzm, który w swej istocie był zarazem antychrześcijaństwem, obok chrześcijan broniących prześladowanych za wszelką cenę, nawet z narażeniem własnego życia, wielu było i takich, którzy nie stawili tak zdecydowanego duchowego oporu, jakiego ludzkość miała prawo oczekiwać od uczniów Chrystusa”. Skoro działo się tak nie „za sprawą Kościoła jako takiego” , a prześladowania były inspirowane „pogańskim antysemityzmem, który był w swej istocie zarazem antychrześcijaństwem” to dlaczego watykańscy autorzy wychodząc od doświadczenia Szoach domagają się zmiany nauczania Kościoła jako takiego? Można to uznać za przejaw myślenia dialogicznego, a można, idąc za starym językiem, widzieć w tym sprzeczność i absurd. Otóż autorzy tekstów watykańskich uprawiających dialog z judaizmem piszą je tak, jakby podświadomie przyznawali się do winy i uznawali odpowiedzialność nauki Kościoła za Holocaust, mimo że oficjalnie i publicznie ją negują. Łatwo zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Gdyby faktycznie uznali, że to nauka Kościoła przyczyniła się do Holocaustu, dokonaliby faktycznie swoistego aktu samodetronizacji – jak można być nauczycielem moralności, jeśli współuczestniczyło się przez tyle wieków w nauczaniu nienawiści? Z drugiej strony nie mogą lub nie chcą wprost odrzucić oskarżeń, głównie ze strony części środowisk żydowskich, bo to oznaczałoby zerwanie dialogu i narażenie się na ataki liberalnej prasy. Dlatego stopniowo krok po kroku przyjmują, że istniał związek między masowymi morderstwami Żydów a ich własną nauką. Stąd wniosek, że w obliczu Szoach…Kościół musi przestać prowadzić działalność misyjną.

Kościół rzymski przez stulecia mówił o sobie, że jest apostolski i powszechny. Gdyby głos autorów watykańskiego dokumentu miał stać się obowiązujący, oznaczałoby, że oba te przymioty – apostolskość i powszechność – zostały utracone.

Czy w ten sposób nadchodzi biblijne odstępstwo?

na podstawie: Do rzeczy | „Bo dary łaski” |

Sprawdź także

Grzegorz Braun vs Szewach Weiss „Stosunki Polsko – Żydowskie” w Ring.TV

„Nie byłem przygotowany do takiej rozmowy, nikt tak ze mną nie rozmawiał” – te słowa, …

Jeden komentarz

  1. Gabriel Maciejewski zwany Coryllus pisze tak:

    Heretycki Watykan?

    Redaktor Paweł Lisicki napisał i opublikował ważny w mojej ocenie tekst krytykujący dokument wydany przez Watykan, a dotyczący stosunków z judaizmem. Będę pisał w skrócie, bo prawie każdy już wie o co chodzi. O to mianowicie, że nawracanie Żydów jest niepotrzebne, bo oni mają swoją drogę do zbawienia, która nie prowadzi przez Chrystusa, ale obok niego. Ponieważ Paweł Lisicki jest przez wielu księży w Polsce uznawany za znawcę kwestii teologicznych, a wydawnictwa katolickie publikują jego książki, mam pytanie do tych księży, którzy publikują w sieci – czy Lisicki ma rację krytykując ten dokument? Nie mam zamiaru zagłębiać się w kwestie doktrynalne, choć w tym przypadku nie jest to chyba aż tak trudne – albo uznajemy Jezusa za syna Bożego, albo nie, niech mowa wasza będzie…itd. Napiszę tylko coś krótk o kwestiach dotyczących herezji, bo Lisicki sugeruje, że ten nowy dokument to herezja po prostu.

    Jak wiecie pisałem i myślałem o tym zawsze od strony prostej praktyki dnia codzienniego. I tym razem też tak uczynię, skoro Lisicki zarzuca dokumentowi wydanemu przez kardynała Kocha, że jest heretycki to zacznijmy od początku czyli od źródeł herezji i samego Kocha. Gdzie rodziła się herezja – takie pytanie ktoś mi ostatnio zadał. Odpowiedź jest jedna – na dworach cesarskich konkurujących z Rzymem. W średniowieczu były dwa dwory cesarskie i obydwa zgłaszały roszczenia do zwierzchnictwa nad Kościołem. Kardynał Koch jest Niemcem. Kogo reprezentuje? Czy Kościół czy cesarstwo? Ja tego nie wiem, ale wiem, że jeśli coś zalatuje herezją to z pewnością zostało sprokurowane w ukryciu w jednym z cesarskich miast.

    Lisicki pisze, że w myśl nowego dokumnetu katolicy nie mogą już nawracać Żydów, ale powinni wraz z nimi walczyć z antysemityzmem. Czy to znaczy, że naród żydowski ma zająć miejsce Chrystusa w sercach katolików? Czy to znaczy, że katolik ma podzielić bliźnich, którym niesie dobrą nowinę na tych gorszych, którzy powinni go słuchać i lepszych, którzy słuchać go nie muszą? To są pytania, które przychodzą mi do głowy kiedy czytam tekst Lisickiego. Jeszcze raz więc powtórzę, jeśli on ma rację, księża, polscy księża, powinni się do tego jakoś odnieść. Jeśli to jest rzeczywiście tak sformułowane to trzeba zapytać kto szerzy ten antysemityzm, który należy zwalczać? Czy aby nie ci, do których, katolicy powinni nieść dobrą nowinę? Jeśli tak, ciekaw jestem ocen, jakie duszpasterze wystawiać będą swoim owieczkom niebawem.

    Wracajmy do herezji. W mojej ocenie ma ona dwojaki charakter jest albo podstępem albo wymuszeniem. Taka jest jej relacja z Kościołem. Wymuszenia bywają rozmaite i zwykle jest tak, że przedmiot wymuszenia ukryty jest przed oczami maluczkich. Jeśli przyjmiemy za dobrą monetę słowa Lisickiego wypadnie nam stwierdzić, że to nowe wymuszenie dotyczy zwiększenia władzy kardynałów niemieckich w Kościele, zminimalizowania roli papieża i wprzęgnięcia Kościoła w różne globalistyczne imprezy. Narzędziem zaś dyscyplinowania wiernych będzie antysemityzm, z którym mają oni od dziś walczyć ramię w ramię z Żydami. Ci ostatni zaś nie muszą się już przejmować boskością Chrystusa, bo mają zadekretowaną zniżkę na zbawienie. Przepraszam, że szydzę, ale trudno mi się powstrzymać. Patrzę na te rzesze wiernych, które do końca nie są w stanie wyobrazić sobie jak powinna wyglądać i jak wyglądała kiedyś misja, rzesze, które wskutek działalności mediów i uporczywej antykościelnej propagandy myślą ponuro i źle o swoich kapłanach, patrzę i nie mogę sobie wyobrazić co będzie jak im ksiądz ogłosi, że mają teraz walczyć z antysemityzmem. Do kościoła w mojej parafii chodzi Ludwik Dorn, nawrócony Żyd. Ciekaw jestem czy ten nowy dokument coś zmieni w jego życiu i czy pan Ludwik nie stwierdzi, że już nie musi się męczyć, wszak i tak będzie zbawiony. Co prawda religii mojżeszowej nie praktykował chyba nigdy, ale ten dokument, zdaje się, mówi o Żydach w bardzo szerokim znaczeniu.

    Zostawmy Dorna i skupmy się na podstępie, który – jeśli Lisicki ma rację – ktoś próbuje zastosować wobec Kościoła. Celem herezji w wymiarze doktrynalnym było zawsze przejęcie na własność boskości Chrystusa, albo jej zanegowanie. Tutaj, jak się zdaje, mamy te dwie rzeczy w jednym: Żydów boskość ta nie dotyczy, a dla katolików nabiera nowego wymiaru. O tym czy są dobrymi katolikami decydować będzie ktoś z zewnątrz, kto oceni ich stosunek do antysemityzmu i zbada jego temperaturę. Im będzie ona niższa tym większe okaże się umiłowanie Jezusa w sercu katolika.

    Jak pamiętamy herezja to też organizacja pracy. Chodzi o to, by zapędzić ludzi do roboty za bezdurno lub za najniższe stawki. Tylko w Kościele brak lub opóźnienie zapłaty robotnikowi uznawane jest za grzech wołający o pomstę do nieba. O jaki rodzaj świadczeń chodzić będzie w tej nowej – zdefiniowanej przez Lisickiego – herezji? Póki co nie wiadomo, ale jeśli katolik ma prócz głoszenia dobrej nowiny poganom, jeszcze walczyć z antysemityzmem ramię w ramię z Żydami, to widać dokładnie, że obowiązków ma aż nadto. No i widać też, że całość tego układu wygląda tak jakby na służbę dwóm panom. Bo przecież nie utożsamiliśmy jeszcze Żydów z Panem Bogiem, prawda? W tym dokumencie niczego takiego nie ma….

    Nie będę ciągnął dalej tych rozważań, jeśli popełniłem jakieś nadużycia, bardzo przepraszam, ale próbowałem tylko wyciągnąć wnioski, być może pochopne i lekkomyślne, z tego co napisał redaktor Lisicki.

    Na koniec ponawiam jeszcze raz swoje pytanie do duchownych: czy on ma rację?

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: