ks. Giovanni Piana podczas Mszy Świętej trydenckiej rozpoczynającej IV Kongres dla społecznego panowania Chrystusa Króla w Poznaniu 06.2015. Fot. redakcja PIENS
piens.pl / WIARA / Czy trudno dzisiaj być wiernym tradycji katolickiej?

Czy trudno dzisiaj być wiernym tradycji katolickiej?

Historia życia i powołania ks. Giovanni Pinna

Ks. Pinna urodził się 28 lat temu na Sardynii. Jego ojciec był murarzem, a matka gospodynią domową. Państwo Pinna bardzo chcieli mieć wiele dzieci, ale Pani Pinna trzy razy poroniła i lekarze powiedzieli, że nigdy już dziecka nie urodzi. Oboje dużo modlili się w intencji narodzin dziecka i wreszcie narodził się, jako wcześniak Giovanni. Był dzieckiem słabym i istniało duże niebezpieczeństwo, że wkrótce umrze. Rodzice wykradli go ze szpitala i ochrzcili i odwieźli z powrotem. Polepszyło mu się i choć bardzo często chorował i trafiał do szpitala rósł jak na drożdżach. Państwo Pinna nie oglądali telewizji i nie mieli komputera. Synowi zamiast bajek czytali na dobranoc żywoty świętych, aby też stał się świętym człowiekiem. Gdy Giovanni miał kila lat urodziła mu się siostra. Gdy miał cztery lata został ministrantem. Po kilku miesiącach zadał swojemu proboszczowi pytanie: „Dlaczego ksiądz zamyka się w ciągu dnia na godzinę w kościele?” Ksiądz powiedział: „Żeby się w spokoju modlić”. Na to Pinna: „Dlaczego Ksiądz nie może się modlić przy ludziach?”. Pinna prawie codziennie dopytywał się o to zamykanie się księdza w kościele. W końcu proboszcz mu powiedział: „Przestań mnie pytać. Jak trochę dorośniesz to ci wszystko opowiem”.

Gdy Giovanni skończył 12 lat i złożył ślubowanie ministranckie ks. proboszcz powiedział mu, że odprawia Mszę Świętą trydencką i zaczął zamykać się w kościele razem z nim. Giovanni zaczął mu służyć jako ministrant. Kilka miesięcy potem, gdy ks. proboszcz skończył odprawiać Mszę Świętą zaczął płakać. Płakał i płakał. Giovanni zapytał go: „Co się stało?”. Ks. proboszcz wziął go na ręce i posadził na ołtarzu. Powiedział: „Widziałem przyszłość. Będziesz kapłanem i będziesz odprawiał Mszę Świętą trydencką”. Giovanni zaczął się śmiać i pobiegł do domu.

W wieku 12 lat Giovanni pierwszy raz pojechał na wakacje. Ci, którzy mieszkali na Sardynii z reguły nie jeździli na wakacje. Nie było takiej tradycji. Każde opuszczenie wyspy to już była wielka wyprawa. Po wyspie niewiele się poruszano. Zakładano, ze wszędzie jest to samo morze, tan sam las dębów korkowych, latem suchy i pozbawiony grzybów.

Rodzice Giovanniego wybrali na, tylko kilkudniowe, wakacje miasteczko leżące na drugiej stronie wyspy. Giovanni był bardzo podniecony i radosny. Pierwszy raz w życiu opuszczał swoje rodzinne miasto. Drugiego dnia pobytu poszli na plażę. Plaża była pełna opalonych na czekoladowo ludzi. Rodzice położyli się na piasku a Giovanni poszedł kilkaset metrów dalej i tam pławił się w wodzie i bawił się w piasku. W pewnym momencie padł na niego cień. Spojrzał w górę. Stał nad nim mężczyzna w stroju kąpielowym niezwykle biały, „biały jak ser risotta”. Odezwał się: „Czy chcesz spędzić dwa tygodnie w seminarium duchownym?”
Giovanni pobiegł do rodziców krzycząc: „Wstępuję do seminarium duchownego”.

Rodzice byli zdziwieni i przerażeni – co się stało ich synowi?

Podszedł do nich „biały” człowiek i powiedział, że jest księdzem i że zaprosił ich syna na dwutygodniowe dni skupienia w niższym seminarium duchownym.

Giovanni zaczął rodziców prosić, że chce natychmiast pojechać do tego seminarium. Wreszcie rodzice przerwali urlop, tak, że w praktyce byli tylko dwa dni na wakacjach. Wszyscy wrócili do domu, a stamtąd Giovanni pojechał na te dni skupienia.

Po wakacjach wstąpił do tego seminarium. Nauka we Włoszech w niższym seminarium duchownym trwa 8 lat.

Giovanni był w niższym seminarium duchownym 9 lat. Już po kilku latach zaczęły go tam spotykać prześladowania. Uznawano, że jest za bardzo pobożny. Starano się go za wszelką cenę zniechęcać. Gdy miał 17 lat rektor osobiście zawiózł go do ośrodka jezuickiego w Mediolanie mówiąc mu, że to będą takie specyficzne rekolekcje. Na miejscu zorientował się, że jest uczestnikiem psychoterapii przeznaczonej dla „zbłąkanych”. Obok niego w zajęciach uczestniczyła siostra zakonna, która wahała się czy nie powrócić do stanu świeckiego, kapłan, który zwątpił, narzeczeni, którzy przeciągali narzeczeństwo bo nie mieli pewności, że się kochają i małżeństwo, które się wciąż kłóciło i któremu groził rozpad.
Giovanni chodził na te zajęcia, a w każdej wolnej chwili się modlił i codziennie uczestniczył we Mszy Świętej. Zaobserwował to dyrektor tej placówki, wziął go na rozmowę i zapytał: „Dlaczego tutaj jesteś?”. Giovavni odpowiedział: „Nie wiem. Tak zadecydował rektor”. Dyrektor ośrodka zwolnił go z psychoterapii, powiedział, że niech czas spędza według swego uznania i stwierdził, ze wyda mu „jak najlepsza opinię”.

Pomimo takiej opinii jego przełożeni w niższym seminarium duchownym uznali, że „ma problemy z kapłańskim powołaniem” i przedłużyli jego pobyt w tej placówce o rok.

Po ukończeniu niższego seminarium duchownego Giovanni wstąpił do wyższego seminarium duchownego. Było to seminarium regionalne (obejmujące kilka diecezji). W seminarium klerycy w zasadzie tylko spali. Wszystkie zajęcia mieli na miejscowym świeckim uniwersytecie, na którym uczyli głownie lewacy i libertyni. W pewnym momencie wprowadzono jednak dla kleryków specjalne warsztaty, który celem miało być „poznanie zagrożeń w stanie kapłańskim”. Warsztaty te prowadzili byli księża, którzy albo się ożenili albo wpadli w alkoholizm albo stracili wiarę. Prowadzący podważali prawdy wiary i moralności, wyśmiewali Kościół, bluźnili. Giovanni nie mógł tego wytrzymać, wystąpił z seminarium i wrócił do domu.

Stary proboszcz, który uformował Giovanniego był już na emeryturze i Giovanni nie miał z nim kontaktu.

Giovanni mieszkał teraz w domu rodzinnym i chodził codziennie do kościoła na Mszę Świętą. Po Mszy Świętej modlił się długo z książeczki do nabożeństwa, którą podarował mu stary proboszcz. Była to książeczka wydana wiele lat przed Soborem Watykańskim II.

Pewnego dnia, gdy tak się modlił podeszła do niego w kościele zakonnica. Wyrwała mu z ręki książeczkę, przedarła ją na pół, rzuciła na posadzkę i powiedziała: „Nie wolno się z tego modlić. To jest lefebrystowskie”.

Giovavni bardzo to przeżył. Pozbierał książeczkę, skleił ją, a potem poszedł do kolegi, który miał Internet, aby sprawdzić co to znaczy „lefebrystowskie”.

Dowiedział się wszystkiego o bp. Lefevre, zaczął czytać jego książki. Rozmawiają o tym w domu dowiedział się od młodszej siostry, że jej chłopak mieszkający na stałym lądzie zna kogoś z Bractwa Św. Piusa X. Porozmawiał z tym chłopakiem, gdy przyjechał na wyspę i pojechał do najbliższego ośrodka Bractwa. Po jakimś czasie został przyjęty do Bractwa i zaczęto go przygotowywać do wstąpienia do seminarium duchownego Bractwa. Planowano, ze będzie studiował w seminarium we Francji. Skierowano go wiec pod Rzym na roczny kurs języka francuskiego. Uczył się tam pilnie, ale język nie szedł mu do głowy. Po pewny m czasie pojawiły się różne dolegliwości, wreszcie zaczął się przewracać. Zabrano go do szpitala, gdzie lekarze najpierw stwierdzili, że to kłopoty z błędnikiem, a potem orzekli, że przyczyną są stresy związane z nauką języka francuskiego. Giovanni był załamany.

Przełożeni z Bractwa skierowali go do diecezji Albenga-Imperia do bp. Mario Olivieri, by ten przyjął go do seminarium diecezjalnego.

cdn.

źródło:

kukonfederacjibarskiej.wordpress.com

Wykład ks. Pinna na konferencji w Poznaniu

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: