piens.pl / POLSKA / Druga część historii z II wojny światowej o bohaterskich wyczynach Polaków – „Akcja N”

Druga część historii z II wojny światowej o bohaterskich wyczynach Polaków – „Akcja N”

Jak to było możliwe?

Stefan Czesław Anders | Akcja „N” (cz. 2) – jak to było możliwe?

 

U źródeł determinacji

II wojna światowa rozpoczęła się w Polsce, 1 września 1939 roku. Kampania wrześniowa w Polsce w 1939 roku nie była wydarzeniem marginalnym w przebiegu tej wojny – jak obecnie wielu historyków zdaje się ją przedstawiać – lecz wydarzeniem o ogromnym znaczeniu geostrategicznym. Kampania wrześniowa uniemożliwiła Hitlerowi rozpoczęcie wojny w sposób najbardziej dla niego korzystny i praktycznie przesądzający o sukcesie. Władca Niemiec to rozumiał – i stąd nakazane przez niego drastyczne okrucieństwo w czasie działań wojennych w Polsce (w tym zwłaszcza wobec ludności cywilnej) i potem w czasie okupacji.

Aby zrozumieć to zagadnienie musimy podać kilka faktów. Pierwotny plan wojenny III Rzeszy zakładał uderzenie przez zaskoczenie na Belgię i Francję latem lub wczesną jesienią 1939 roku. A następnie przebazowanie Luftwaffe na lotniska nad kanałem La Manche i ultimatum dla Anglii. Ultimatum to zawierałoby powrót na tron niemieckiego agenta, króla Edwarda VIII i sojusz wojenny z III Rzeszą. Tu potrzeba wiedzieć, że pierwszą partię nowoczesnych samolotów myśliwskich angielscy piloci dostali dopiero… W styczniu 1940 roku! I było to 40 maszyn typu Hawker-Huriccane. Jesienią 1939 roku piloci RAF-u latali na jeszcze wolniejszych maszynach niż Polacy. (Przezbrojenia polskiego lotnictwa myśliwskiego latem 1939 roku w super nowoczesne samoloty PZL-43 „Jastrząb” nie wykonano tylko dlatego, że angielski dostawca dwukrotnie opóźnił termin dostawy zamówionych przez Polskę podwozi chowanych w locie.) Wracając do tematu – gdyby Hitler wykonał ten plan – jesienią 1939 roku żadnej Bitwy o Anglię by nie było. Wielka Brytania musiałaby ultimatum Hitlera przyjąć. Pamiętajmy, że Anglia w pełni kontrolowała najważniejsze szlaki wodne świata. A zwłaszcza kluczowy dla późniejszej pomocy Sowietom szlak wokół południowej Afryki. W miarę niewielkie siły lotnictwa i floty uniemożliwiłyby dostarczanie jakiejkolwiek amerykańskiej pomocy Stalinowi – a zwłaszcza tak ważnej dla „Red Army” żywności… A niemiecki plan wcześniejszej inwazji na Francję był prosty. Bez żadnego wypowiadania wojny, niby wskutek pomyłki na manewrach – kolumny pancerne i ciężarówek Wehrmachtu miały przez Belgię wjechać do Francji. I pędzić prosto do Paryża… Na miejscu byłyby najdalej po dwóch dniach. A w stolicy Francji niemieccy żołnierze mieli po prostu „zdjąć” rząd, najwyższe dowództwo i centra łączności. Następnie zająć kluczowe centra mobilizacyjne (czyli zapasy broni). Mobilizacja armii francuskiej była oparta o kolej i trwała minimum dwa tygodnie. A bez centrów dowodzenia państwem była niewykonalna.

Aby wykonać ten znakomity zresztą plan – Hitler potrzebował jedynie sojusznika na wschodzie. Dostatecznie lojalnego, by nie uderzyć na Niemcy „od tyłu” i dostatecznie silnego – bo zatrzymać Sowietów, gdyby to oni tego próbowali. Istnieje wiele dowodów, że tzw. pierwotny plan wojenny Hitlera rzeczywiście taki był. Nawet w listopadzie 1939 roku – gdy po pokonaniu Polski wszystkie wojska niemieckie były już nad zachodnią granicą – Hitler rozpaczliwie nalegał na swoich dowódców, by natychmiast atakować Francję. Ci jednak bezradnie rozkładali ręce – w Polsce stracili 50% czołgów, 30% samolotów i 33% ciężarówek… Wobec w pełni już zmobilizowanych i rozwiniętych sił zbrojnych Francji – atak nie dawał gwarancji zwycięstwa. Straty poniesione w Polsce niemiecki przemysł musiał odrabiać pół roku…

Tu możemy zadać pytanie, czy Hitler miał realną szansę wygrania II wojny światowej? Otóż miał – i nawet miał dwa razy. Jego pierwotny plan wojenny był pierwszą taką szansą. Druga pojawiła się latem 1941 roku, gdy armie niemieckie „wjechały” jak nóż w masło – w armie sowieckie w ostatniej fazie przygotowań inwazyjnych… (Termin ataku Związku Sowieckiego na III Rzeszę był wyznaczony na 7 lipca 1941 roku.) Żołnierz sowiecki dostawał amunicję dopiero trzy dni przed spodziewaną walką – tak aby wojsku nie przyszło do głowy postrzelać do komisarzy… W czerwcu i lipcu 1941 roku armie Hitlera odniosły największe zwycięstwo bitewne w dziejach świata, bez wysiłku likwidując pierwszy rzut uderzeniowy sowieckich armii i zdobywając niewiarygodne łupy wojenne. A potem – nijako z rozpędu pokonały i rzut drugi, kolejną grupę armii. Wystarczyło wojnę ze Stalinem dokończyć powołanymi pod broń Ukraińcami lub Rosjanami spośród wziętych do niewoli milionów jeńców czy masowo pchających się do jakiejkolwiek armii walczącej z Sowietami – ochotników. (W każdym ukraińskim miasteczku stały tygodniami ich kilometrowe kolejki.) I dać im ich własną broń! Ale tę szansę Hitler bezpowrotnie stracił z powodu pychy i arogancji wobec ludów słowiańskich. Z pewnością też powagi sytuacji wojny z Rosją początkowo nie rozumiał. Nie zdawał sobie sprawy z potęgi przemysłu zbudowanego przez Stalina, ani z ogromu pomocy jaką Stalin dostanie z USA. (A gdy to zrozumiał – było już za późno…) Natomiast pierwszą szansę – i jej bezpowrotną utratę spowodowaną przez Polaków – to wódz III Rzeszy rozumiał. Jest historycznym faktem, że jesienią 1939 roku pojawiła się jego nienawiść do Polaków, której wcześniej nie było, nienawiść ta skutkująca niebywałym okrucieństwem jeszcze bardziej narastała, gdy zaczęły się wojenne klęski. Jest faktem historycznym, że np. całą ludność stolicy Polski – Warszawy – Hitler miał w planie wymordować. W obrębie miasta, przy dworcu kolejowym Warszawa Zachodnia, działał wielki obóz koncentracyjny, a dokładniej obóz zagłady z krematoriami – „KL Warschau”. Jedyny taki obóz zagłady, w którym Niemcy mordowali tylko Polaków! Do wybuchu powstania w Warszawie zdążyli zamordować ich 300 tysięcy… Po prostu łapanych na ulicach w ramach tzw. łapanek!

Dlaczego o tym piszemy? Akcja „N” i ogólnie – poświęcenie żołnierzy polskiej podziemnej armii, ich niesłychane męstwo i pomysłowość – nadto ich niezrównana determinacja – były wpisane w ten kontekst. Chyba mało zrozumiały dla osób z zachodu. W roku 1939 ludność Polski liczyła ponad 32 miliony osób. W roku 1945 były to jedynie 24 miliony… Nawet odliczając zagładę około 1,5 miliona polskich Żydów i około 1,5 miliona populacji pozostałej na ziemiach włączonych po wojnie w skład Związku Sowieckiego – pozostaje zamordowanych co najmniej 5 milionów Polaków. Głównie oczywiście ludności cywilnej. Żaden inny naród nie poniósł takich strat i na żadnym innym okupowanym przez III Rzeszę terytorium nie działy się takie bestialstwa. Połączone z bezlitosną eksploatacją ekonomiczną. Wszystkim zaś Polakom – Niemcy pozostawili tylko jeno wyjście… Walczyć wszelkimi sposobami i przyczyniać się do klęski niemieckiego molocha, jak się tylko da!

Jak powstała polska podziemna armia i Akcja „N”

Polska podziemna armia powstała formalnie 27 września 1939 roku w Warszawie. Jeszcze trwało oblężenie stolicy państwa – a grupa wysokich oficerów powołała organizację o cechach zakonspirowanej armii. Pierwotnie nazywała się ona Służba Zwycięstwu Polski. 13 listopada 1939 roku polski premier na emigracji i zarazem Wódz Naczelny, generał Władysław Sikorski, zmienił jej nazwę na Związek Walki Zbrojnej. Finalnie, w kwietniu 1942 roku, podziemna armia uzyskała nazwę Armii Krajowej – w odróżnieniu od wojsk walczących u boku aliantów na zachodzie i formowanych na wschodzie.

Armia Krajowa – to było prawie 400 tysięcy osób, związanych przysięgą wojskową i zorganizowanych w różnorodne struktury, zajmujące się wywiadem, kontrwywiadem, szkoleniem wojskowym, przygotowaniami do powstania zbrojnego przeciwko okupantom Polski, informacją dla społeczeństwa, sabotażem, dywersją, podziemną produkcją broni, łącznością na terenie kraju i z rządem na emigracji – i innymi niezbędnymi działaniami. Równolegle w Polsce istniało cywilne państwo podziemne – jego struktury zajmowały się przede wszystkim oświatą. Zwłaszcza wyższa edukacja została przez Niemców zakazana dla Polaków. Utworzono więc zakonspirowane szkoły średnie i uniwersytety. Ale istniały także podziemne sądy i podziemna policja.

Ważne jest, że podziemną armię tworzono odgórnie – w ostatnich chwilach istnienia polskiego państwa, w obleganej stolicy. To pozwoliło m.in. zakonspirować doskonały sprzęt drukarski – który po prostu ukryto przed Niemcami.

Akcja „N” była wyspecjalizowaną jednostką Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej. To Biuro powstało w marcu 1940 roku. Jego powstanie było koniecznością wobec rozwiniętej na ziemiach polskich przez okupanta nachalnej propagandy niemieckich sukcesów, potęgi i braku sensu wszelkiego oporu. Nawet okupacyjni urzędnicy przyjeżdżający do Polski z Niemiec byli przekonani, że tym razem zajęli Polskę na zawsze.

Powstanie Akcji „N” było pomysłem naczelnego dowódcy podziemnej armii, generała Stefana Roweckiego („Grota”) – który widział konieczność rozwinięcia akcji propagandowej również wobec ludności niemieckiej, mając na myśli przede wszystkim niemiecką administrację w okupowanej Polsce. Generał „Grot” nakazał powołanie „podwydziału N” i mianował jego dowódcą kapitana Tadeusza Żenczykowskiego. Czas szybko pokazał, jak wybitna i trafna była to nominacja. Stało się to w grudniu 1940 roku.

Tadeusz Żenczykowski ur. w 1907 roku, był prawnikiem. W roku 1938 został najmłodszym w historii posłem do polskiego Sejmu. Był to człowiek ogromnie pracowity, pełen świetnych pomysłów. Był znany ze zdolności przewidywania. Uważano go za człowieka genialnego – i geniuszem on rzeczywiście był. Tadeusz Żenczykowski przyjął pseudonim „Kania”. Słowo to po polsku oznacza gatunek smacznego jadalnego grzyba. Wprost niewiarygodne, jak ten „grzybek” miał wkrótce spowodować „niestrawność” w funkcjonowaniu całej III Rzeszy…

Rzecz w tym, że generał „Grot” był zdania, że należy drukować w języku niemieckim gazetki i ulotki dla ludności niemieckiej w okupowanej Polsce. Kapitan „Kania” zaraz po nominacji wdał się ze swoim głównodowodzącym w spór, że on to zrobi dla Niemców na obszarze całej III Rzeszy. A nadto na wielką skalę w niemieckich siłach zbrojnych! Nadto „Kania” bronił tezy, że należy symulować istnienie niemieckich organizacji antyhitlerowskich – jako autorów tych ulotek i gazetek. Generał „Grot” znał raporty własnego wywiadu, mającego świetne placówki w zagłębiu Ruhry, na temat ulotek zrzucanych z samolotów przez Anglików. Mimo, że dobrze zredagowane – były odrzucane przez ludność niemiecką, jako pochodzące od wroga. Dlatego gen. Rowecki zaakceptował wszystkie żądania kpt. Żenczykowskiego. Dowódca Akcji „N” zażądał skierowania do swojego oddziału wszystkich najlepszych lingwistów – znających zwłaszcza zagadnienia lokalnych żargonów języka niemieckiego w różnych prowincjach III Rzeszy. Nadto znawców żargonu wojskowego i niemieckiej biurokracji wojskowej. Dodatkowo „Kania” żądał przeznaczenia do druku materiałów w języku niemieckim czcionek, które nigdy się nie pojawią w drukach po polsku oraz zakonspirowania jego oddziału w najściślejszy możliwy sposób.

Generał „Grot” te warunki przyjął. Akcja „N” stała się podwydziałem Biura Informacji i Propagandy, o której istnieniu wiedział tylko szef tegoż Biura i Komenda Główna podziemnej armii. O Akcji „N” nie wiedział nawet wywiad Armii Krajowej – i często raportował do Komendy Głównej pojawienie się znakomicie zakonspirowanych niemieckich organizacji antyhitlerowskich! Wśród ludności cywilnej i w Wehrmachcie – a nawet w samej NSDAP!

Intensywne przygotowania Akcji „N” trwały od grudnia 1940 roku do kwietnia 1941. Studiowano wszystko co ważne dla takiej akcji: lokalne odrębności języka niemieckiego, wspomniane slogany biurokracji, w tym wojskowej, preferencje polityczne na podstawie wyników niemieckich wyborów, a nawet slogany i słownictwo typowe dla różnych niemieckich partii istniejących przed 1932 rokiem… Gromadzono potrzebne materiały – m.in. książki adresowe. Przygotowano specjalną drukarnię. Pomyślnie rozwiązano problem łączności pomiędzy polskimi kolejarzami na terenie Generalnego Gubernatorstwa i z ziem polskich włączonych do Niemiec – o czym za moment. (Problem ten był zresztą dla skutecznego przeprowadzenia Akcji „N” najważniejszy.) W kwietniu 1941 kpt. Tadeusz Żenczykowski zameldował, że jest gotowy.

Kluczowy kanał dystrybucji

Przed II wojną światową polskie koleje (PKP – Polskie Koleje Państwowe) – były firmą słynąca z doskonałej jakości. Punktualność pociągów była legendarna – według ich przejazdów ustawiano zegarki. Wyszkolenie personelu, zwłaszcza maszynistów i obsługi ruchu – było doskonałe. Także pod względem znajomości języków obcych. Parowe lokomotywy i wagony produkowane w Polsce uważano za najlepsze w świecie. Władze niemieckich kolei, również państwowej firmy – o tym wiedziały.

W październiku 1939 roku Reichstag („parlament” III Rzeszy) zatwierdził aneksję około połowy okupowanych terenów Polski jako części Niemiec. Na pozostałym obszarze utworzono GG (Generalne Gubernatorstwo). Warszawa stałą się odrębną jednostką administracyjną.

Jednocześnie władze III Rzeszy, na wniosek dyrekcji własnych Kolei (Deutsche Bahn), włączyły w całości w skład Kolei Rzeszy sprzęt i personel PKP. Polskich kolejarzy z ziem włączonych do III Rzeszy wcielono bezpośrednio do Kolei niemieckich. Tym sposobem zaczęli oni jeździć po całych Niemczech, a potem po całej okupowanej Europie – także jako załogi wagonów pocztowych. Na terenie GG utworzone filię Deutsche Bahn (DB) – tzw. Ost Bahn (OB) – Koleje Wschodnie. Polskich kolejarzy z terenów GG w całości zatrudniono w tej nowej firmie. (Oczywiście z zarządem niemieckim.) Kolejarze „OB” Mieli nieco inne mundury kolejowe i nie mogli jeździć pociągami po obszarze całej III Rzeszy. Ale wkrótce „obsługiwali” jako załogi pociągów cały front wschodni… Kluczowym faktem było to, że polscy kolejarze wcieleni do „OB” – i bezpośrednio do „DB” – po prostu wzajemnie się znali. Z nawiązaniem konspiracyjnych kontaktów, z wyborem osób godnych zaufania, nie było trudności.

Już wiosną 1940 roku polscy kolejarze skopiowali wszystkie druki i pieczęcie poczty niemieckiej. Potem firmowe koperty i pieczęcie najróżniejszych niemieckich urzędów. W tym partii NSDAP, Kancelarii Rzeszy i Dowództwa Armii Rezerwowej…

Nie było z tym problemów. W stolicy Polski tuż przed kapitulacją, twórcy podziemnej armii zdążyli ukryć najbardziej specjalistyczny sprzęt – m.in. do wyrobu pieczęci.

W jaki sposób w miastach zagłębia Ruhry pojawiały się tysiące ulotek czy gazetek, drukowanych niby przez podziemną organizację o ideologicznych rysach socjaldemokratycznych – „nadane” z Hamburga? Przysłane pocztą na domowe adresy?

Adresy odbiorców kopiowano z książek telefonicznych, a jeszcze chętniej – z listów niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego do ich rodzin. Wydrukowane w Warszawie lub w Krakowie, te ulotki i gazety „zapakowane” w listy z fikcyjnymi adresami nadawców z Hamburga – wędrowały do Hamburga w wagonie pocztowym jako listy nadane przez Niemców w Polsce do tegoż wielkiego miasta lub z Katowic – z polskiego miasta włączonego przez Niemców do III Rzeszy. (Katowice były najważniejszym punktem przerzutowym materiałów drukowanych w ramach Akcji „N”). Natomiast w Hamburgu załoga wagonu pocztowego złożona z Polaków – zdejmowała z paczki zewnętrzną osłonę. Pod spodem była druga – ze wszystkimi prawidłowymi nadrukami i pieczęciami – że jest to paczka listów nadanych w Hamburgu do np. Erfurtu. Pociąg zresztą jechał dalej do właśnie Erfurtu… Zaś w Erfurcie, po przekazaniu „poczty z Hamburga”, te listy roznosili na podane adresy – po prostu niemieccy listonosze…

Cała reszta była w doskonałości szczegółów, w niesłychanej skali tego przedsięwzięcia, w ścisłym przestrzeganiu warunków bezpieczeństwa, w znakomitym przewidywaniu możliwych niemieckich kontroli i prób przeciwdziałania – tak, że Niemcy nigdy nie „skapowali się” – kto im to robi…

Akcja N – niewiarygodny rozmach i sukces

O tym w następnym odcinku…

Sprawdź także

Po 89 r. nazwano latami wolności, czy jednak tak było?

Jak zwyczajny Polak czuje, co się stało z Polską po tzw. „upadku  komunizmu”, co się stało politycznie i …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: