piens.pl / Felietony

Felietony

Śmierć na komisariacie – pomyłka, czy prowokacja?

Czy śmierć Igora Stachowiaka była prowokacją obliczoną na rozchwianie emocji społecznych? Kto zaplanował akcję? Kto faktycznie jest odpowiedzialny za śmierć Igora?

Osobiście bardzo nie lubię kanału telewizyjnego TVN jednak z zainteresowaniem obejrzałem reportaż „Śmierć na komisariacie„. Materiał, zgodnie z konwencją tej telewizji, został przygotowany w sposób mający wzbudzić skrajnie negatywne emocje w stosunku do rządu oraz Policji. Przy okazji, na przykładzie kolegi, z którym wspólnie oglądaliśmy reportaż, miałem możliwość zobaczyć jak świetnie to działa. Jednak zostawmy z boku sprawę warsztatu, a zastanówmy się nad jednym wątkiem, który można wyłowić w reportażu, a który wydaje się powinien wzbudzić duży niepokój.

Reporterzy snując opowieść opisują wydarzenia z maja 2016 roku, kiedy to doszło wówczas do aresztowania na wrocławskim rynku 25 letniego Igora Stachowiaka. Jak się okazało, aresztowania dokonano przez pomyłkę, ponieważ Igor był podobny do poszukiwanego przez Policję, warto zaznaczyć poszukiwanego do tej pory, Mariusza Frontczaka. Frontczak dzień wcześniej został zatrzymany przez Policję jednak pomimo skucia kajdankami zdołał zbiec. Był to bardzo poważny policzek dla wrocławskich policjantów, którzy rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą. W czasie szeroko zakrojonych działań policyjnych uwagę funkcjonariuszy zwrócił przebywający w godzinach porannych na wrocławskim rynku młody mężczyzna. Policjanci podjęli decyzję o wylegitymowaniu młodego człowieka więc na rynek został wysłany patrol. Funkcjonariusze wylegitymowali mężczyznę, który jak podano miał przy sobie dowód osobisty. Jak do tej pory wszystko odbywa się standardowo i spokojnie jednak w czasie interwencji pierwszego patrolu podjeżdża drugi patrol. Z radiowozu wysiada dwóch funkcjonariuszy i bez zbędnego gadania zabierają się do skuwania kajdankami młodego mężczyzny poddającego się bez żadnych problemów działaniom podjętym przez funkcjonariuszy z pierwszego patrolu. Od tego momentu zaczyna się „jazda”, młody człowiek stawia opór, nie pozwala się skuć, ani umieścić w radiowozie. Całe zamieszanie kończy się śmiercią mężczyzny na komisariacie.

Zastanówmy się przez moment nad tym co widzimy na ekranie. Policjanci interweniują, WYLEGITYMOWUJĄ młodego człowieka, spisują dane z jego dowodu osobistego i … nagle drugi patrol zakuwa go w kajdanki. Co tu się dzieje? Pierwszy patrol już wiedział, że zatrzymana osoba to nie Mariusz Frontczak, a Igor Stachowiak. Nie było żadnych podstaw do zakuwania Igora w kajdanki i zabierania go na komisariat. Wyjaśnienia składane przez Policję, że doszło do pomyłki nie trzymają się kupy, Policja od momentu wylegitymowania Igora WIEDZIAŁA, że ma do czynienia z IGOREM STACHOWIAKIEM, a nie MARIUSZEM FRONTCZAKIEM. Skąd atak na 25 latka?

Nasunęła mi się pewna myśl, że reportaż prawdopodobnie zupełnie niechcący ujawnił prowokację. Nie wiem kto mógłby być zleceniodawcą akcji, ale być może chodziło o wywołanie fali niezadowolenia społecznego, co z resztą miało miejsce, pokazania, że Policja pod rządami PiS działa w brutalny, bezwzględny i niezgodny z prawem sposób. Być może chodziło o zburzenia zaufania do Policji i rządu. Nie widzę żadnego innego wytłumaczenia na zupełnie, jak się wydaje, bezsensowne zachowanie policjantów. Zastanawia też brak kar dla zamieszanych w sprawę funkcjonariuszy oraz zamiecenie jej pod dywan w maju 2016 roku. Dziwne wydaje się również wymierzenie kar dyscyplinarnych w postaci wyrzucenia z pracy zaangażowanych w śmierć człowieka policjantów, gdy temat po roku ponownie wypływa  do wiadomości publicznej. Gdzie podział się kodeks karny – przecież oficjalnie stwierdzono, że powodem zgonu były środki odurzające, które wykryto w ciele denata, rażenie prądem oraz wielokrotne duszenie stosowane wobec Igora? Kto roztoczył parasol ochronny nad barbarzyńcami przebranymi w mundury? I gdyby to była prawda, że operację przeprowadzono rękami funkcjonariuszy, to świadczyło by o ogromnych wpływach przeciwników rządu.

Nie oskarżam tu nikogo, ani nie twierdzę, że przedstawiona powyżej hipoteza jest prawdziwa. Przedstawiam jedynie pewne zastrzeżenia, które nasunęły mi się podczas oglądania reportażu z tej bulwersującej sprawy, w której ofiarą został niewinny młody mężczyzna ponieważ był „podobny” do poszukiwanego Mariusza Frontczaka.

Gadowski: za przyzwoleniem rządu rusza program seksualizacji naszych dzieci. [WIDEO]

W „Komentarzu tygodnia” publicysta Witold Gadowski odniósł się do wielu spraw, w tym o przygotowywanej manifestacji KOD, o popieraniu przez rząd LGBT, o wizycie wpływowego chińczyka Songa Hongbingaw Polsce, o zamieszaniu w MSZ oraz p ostatniej ustawie o podniesieniu kwoty wolnej od podatku.

13 grudnia w rocznicę wprowadzenia przez komunistów stanu wojennego kolejne pokolenie komunistów będzie organizowało manifestację KOD … oglądajmy to jak dobry kabaret – puentuje Gadowski.

W tajemnicy przed swoimi wyborcami PIS składa obietnicę w ONZ wsparcia środowisk LGBT, o rozwój gender w Polsce. Właśnie w szkołach rusza program seksualizacji naszych dzieci, będą filmy o lesbijkach, homoseksualistach, będzie przedstawianie tego wszystkiego jako normy – i to dzieje się w trakcie tak zwanej konserwatywnej rewolucji w Polsce – dziwi się bardzo redaktor.

Doskonale z powyższym koresponduje artykuł:

„Winnicki ostro do posłów PiS: Co wy robicie w tym Sejmie?! Wasz rząd popiera homopropagandę!”

W ostatnich dniach napływają coraz bardziej bulwersujące informacje świadczące o tym, że niestety rząd Prawa i Sprawiedliwości w polityce dotyczącej tradycji, obyczajów, kultury, ochrony rodziny, nie tylko nie przeciwstawił się temu, co robiła Platforma Obywatelska, ale nadal podąża tą tęczową autostradą i nie widać nawet hamowania – mówił podczas wtorkowego posiedzenia Sejmu poseł Robert Winnicki (Ruch Narodowy).

Całość artykułu

Całość artykułu

– Okazuje się bowiem, że Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej dofinansowało w kwocie 200 tys. złotych program Fundacji Autonomia, który wchodzi właśnie do polskich szkół, w którym to programie mamy takie pojęcia z zakresu marksizmu kulturowego, jak walka z homofobią, jak walka o równouprawnienie różnych tzw. orientacji homoseksualnych. Mamy do czynienia z feministyczną, homoseksualną propagandą w polskich szkołach za pieniądze Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Co więcej jest to continuum polityki, która została wyrażona przez rząd w czerwcu tego roku, kiedy to poparliśmy na forum UE kolejne przepisy tego typu. Co więcej, 21 listopada na Forum Organizacji Narodów Zjednoczonych rząd, razem z innymi liberalnymi krajami, przeciwstawił się rezolucji Grupy Afrykańskiej, która nie chce, żeby marksizm kulturowy i homopropaganda funkcjonowały w ONZ – wyliczał Winnicki działania PiS uderzające w rodzinę. – Niestety rząd Prawa i Sprawiedliwości to popiera i to jest skandal. Ja mam pytanie do posłów katolickich w PiS: Co wy robicie w tym Sejmie? Wasz rząd popiera homopropagandę! Co wy robicie w tym Sejmie i dlaczego popieracie te układy?! – pytał posłów Prawa i Sprawiedliwości. Złożył przy tym wniosek o przerwę w obradach, aby rząd mógł się do tego ustosunkować. Nikt, ani rząd, ani posłowie PiS, odnosić się do tych faktów jednak nie chciał.

źródło: http://prawy.pl/41821-winnicki-ostro-do-poslow-pis-co-wy-robicie-w-tym-sejmie-wasz-rzad-popiera-homopropagande/

Okazało się, że Robert Grey jest związany z amerykańskimi służbami specjalnymi. Co robi agencja wywiadu, co robi ABW, gdzie są nasze procedury, że do stanowiska wiceministra MSZ dopuszczony jest człowiek współpracujący ze służbami obcego kraju i nie jest ważne, czy to jest sojusznik czy wróg —mówił w „Komentarzu Tygodnia” Witold Gadowski, komentując doniesienia medialne, mówiące o niejasnych powiązaniach byłego już wiceministra MSZ. Robert Grey został odwołany z funkcji wiceministra spraw zagranicznych. Wyborcza.pl, która pierwsza poinformowała o odwołaniu Greya, podała, że został on odwołany pilnie, gdyż zataił fakt współpracy ze służbami USA, mimo że był o to pytany. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprzeczyło tym doniesieniom. Wyobraźmy sobie podobną sytuację w Izraelu… jest to niemożliwe. Niemożliwe jest to również na Białorusi Aleksandra Łukaszenki, który tępi w swoim rządzie ludzi bezpośrednio związanych z rosyjskimi służbami. Jakim więc jesteśmy krajem? Może to tylko operetka? Jest to kolejny kamyczek do ogródka ministra Waszczykowskiego, który nie tylko nie stworzył początków niepodległej polskiej polityki zagranicznej, ale coraz mocniej mota się w swoich deklaracjach, ujawniając swoje niekompetencje —powiedział, dodając: Korporacja Geremka wgryzła się panu ministrowi w zwoje mózgowie, tak mocno, że nie może dziś pomyśleć, że Polska może być niepodległa i że może mieć swoją własną myśl o polityce zagranicznej.

Gadowski mówił także o relacjach z Chinami przy okazji wizyty w Polsce autora książek „Wojna o pieniądz” Songa Hongbinga.

Rozmawiając z panem Hongbingiem zapytałem go o jedną rzecz: czy Polska jest widoczna z perspektywy Pekinu i ten ekonomista, który jest jedną z 20 najbardziej wpływowych osób w Chinach, odpowiedział: tak, jesteście, bo geograficznie jesteście na trasie naszego wielkiego projektu, odwrócenia kierunku światowego handlu. Jest to mityczna propozycja, która nabiera kształtu. Pytając dalej, zapytałem, czy polscy politycy cokolwiek robią, żeby tę perspektywę ożywić? Z jego uśmiechu wywnioskowałem, że nie robią nic. Zajęci są awanturami z KOD-em, itp itp. Kiedy do Polski przyjechał pan Hongbing nie spotkał się z nim nikt, ani wiceminister Morawiecki, ani pani premier, ani nikt z kancelarii prezydenta, gdzie jak wiadomo od dłuższego czasu zbija się po prostu bąki. Został potraktowany jak powietrze. Jak zatem mamy prowadzić politykę zagraniczną, gospodarczą, skoro tak się zachowujemy? —pytał dziennikarz.

W „Komentarzu tygodnia” publicysta odniósł się także do ostatniej ustawy o podniesieniu kwoty wolnej od podatku.

Coraz mniej podoba mi się program Mateusza Morawieckiego, dużo w nim pięknych haseł, a mało konkretów. (…) Podniesiono ostatnio kwotę wolną od podatku, ale kto wyżyje w Polsce za 6 tys. rocznie? Wiem, że są tacy ludzie. Większość z nas, jednak zarabia odrobinę więcej. W myśl solidarności społecznej możemy się na to zgodzić. Dlaczego jednak mamy się zgadzać, że posłowie mają kwotę wolną od podatku w wysokości 30 tys. złotych. Czy w myśl klasyka Orwella są „zwierzęta równe i równiejsze, a świnie najrówniejsze?” Czy tak to wygląda? (…) Plan Morawieckiego to tylko zestaw pobożnych życzeń
—mówił.

Więcej o planie Morawieckiego, o przemilczanych deklaracjach Prawa i Sprawiedliwości na forum ONZ oraz o komisji Amber Gold w wideo poniżej.

GadowskiTV / wpolityce.pl

53. rocznica zamachu na Johna Fitzgeralda Kennedy’ego

Dzień zabójstwa Johna Kennedy’ego to jeden z najbardziej tragicznych momentów w historii USA i do dziś stawiane jest pytanie kto go zabił?

Miejsce spoczynku amerykańskiego prezydenta to niewielki plac z marmurowych płyt na jednym ze wzgórz Cmentarza Arlington pod Waszyngtonem. Na środku znajdują się kamienne płyty, na jednej z nich płonie wieczny ogień. Miejsce to odwiedzają codziennie tysiące osób.

W rocznicę zamachu polecamy wysłuchania teorii Maxa Kolonki, który stara się odpowiedzieć na pytanie kto zabił JFK?

 

 

 

Aborcja nie jest „tematem zastępczym”

Nie zapominajmy: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Jakże mamy oczekiwać błogosławieństwa we wszystkich innych sprawach naszego życia zbiorowego, skoro właśnie zbiorowo po raz kolejny usankcjonowaliśmy składanie dorocznej ofiary z ludzi. Tak jest, ofiary z ludzi – konkretnie z ok. 1000 dzieci, które złożone zostają na ołtarzu ignorancji, bezwzględności i konformizmu.

Nie, tzw. aborcja nie jest „tematem zastępczym”, jak tego znów próbowali ostatnio dowodzić niektórzy politycy i dziennikarze należący do „otuliny propagandowej” układu władzy. To jest kwestia pierwszorzędna – nie miejmy wątpliwości, że od stworzenia prawnej gwarancji bezpieczeństwa życia ludzkiego zależą losy naszego państwa. To jest, owszem, sprawa życia i śmierci, ale nie tylko tych najmłodszych z nas, jeszcze nienarodzonych, bezbronnych i niemogących nawet głosu zabrać w swojej obronie, to sprawa być albo nie być całego narodu. Dlaczego z wszystkich zdań wypowiedzianych kiedykolwiek przez Jana Pawła II do własnych rodaków to jedno okazuje się tak trudnie do zapamiętania: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”?

Nie, stosunek do aborcji nie jest kwestią „opinii” – to jest kwestia faktów. Doprawdy, ileż razy można te mrożące krew w żyłach fakty przytaczać? Zanim wdamy się z kimkolwiek w teoretyczną dysputę, upewnijmy się, że każdy z dyskutantów wie, o czym mówi. Jest XXI w., są kamery, ultrasonografy i inne cuda, każdy może to sobie przecież wyszukać i obejrzeć w sieci. Nie udawajmy, że nie wiemy – tu chodzi o rozrywanie na kawałki żywych ludzi, a nie o żadne „usuwanie produktów zapłodnienia” czy „tkanki ciążowej”. Zresztą nawet jeśli ktoś udaje, że są w tej sprawie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, to przecież właśnie wątpliwości powinny przesądzać na korzyść życia. Jeśli nie jestem pewien, czy to, co się rusza w krzakach, to zając czy człowiek, to na wszelki wypadek nie strzelam z dubeltówki, prawda?

Jako reżyser dokumentalista, autor filmów poświęconych w jakiejś mierze tym sprawom, musiałem szczegółowo zapoznać się z jeżącymi włos na głowie i wyciskającymi łzy z oczu normalnego mężczyzny realiami „procedur” i zasadami „prawa”, które mają tu zastosowanie. Cieszę się niezmiernie, że dane mi było wyraźnie opowiedzieć się po stronie życia poprzez takie filmy, w których sprawa tzw. aborcji staje w jaskrawym świetle: „Eugenika, w imię postępu”, „Nie o Mary Wagner”, „Nie jestem królikiem doświadczalnym”. Dzięki nim nie miałem w ostatnich dniach poczucia kompletnej bierności i osobistego zaniechania w tej sprawie, której rozstrzygnięcie, coraz wyraźniej to widać, decyduje o losach cywilizacji. Każdej cywilizacji.

Czy w dziejowym bilansie chcemy uplasować się w tej samej kategorii co zbrodnicze, w najgłębszej istocie satanistyczne reżimy, pod władzą których tryumfowała mentalność eugeniczna? Co bowiem dziś różni nasze przyzwolenie na śmierć 1000 dzieci podejrzanych (sic!) o potencjalną niedoskonałość (np. zdiagnozowanych jako „muminki”) od wyroków wydawanych z analogicznych pobudek eugenicznych w innych krajach i innych czasach? Nie, doprawdy tzw. kompromis aborcyjny nie jest czymś, z czego Polacy mogą i powinni być dumni. Nie jest to stan, który ze względu na jakiekolwiek racje powinniśmy akceptować i bez końca prolongować. Ten sławetny „kompromis”, przypomnijmy, plasuje nas na poziomie cywilizacyjno-prawnym Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera. Tam również nie wolno było z mocy prawa dowolnie i legalnie zabijać wszystkich nienarodzonych dzieci – tylko niektóre. Jakie? Ano te skazane zaocznie i arbitralnie na śmierć przez konsylium lekarskie, a więc nie wyrokiem sądu ani nawet nie w trybie decyzji administracyjnej. Jeśli już nie sam koszmar tzw. zabiegu, to czyż arbitralność i nieformalność tych wyroków powinna budzić sprzeciw każdego legalisty. Ale jakoś nie budzi.
Przeciwnie – w ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z kolejnym w tej sprawie festiwalem hipokryzji, w którym dwie pierwsze nagrody ex aequo zgarnęli bezapelacyjnie liderzy i klakierzy aktualnej większości parlamentarnej. Ale nagroda specjalna tego festiwalu należy się chyba jednak rzecznikowi episkopatu, który po raz już nie wiadomo który dystansując się od złożonego w Sejmie „obywatelskiego projektu”, podkreślał nawet niepytany, że „biskupi są przeciwko karaniu kobiet”, tak jakby to było istotą proponowanych rozwiązań. À propos: czy dobrze rozumiem księdza rzecznika, że dzieciobójstwo w Polsce ma nie być uznane za przestępstwo? Zamiast po raz kolejny wpisywać się w narrację, jaką dyktuje „GWiazda śmierci”, czyż tak trudno było zadbać o to, by klarowny i zwięzły (zaledwie dwie strony) projekt ustawy, o której mowa, trafił przynajmniej do każdej parafii w kraju? Zamiast tego jednak mieliśmy zbiorowy oddech ulgi, tak po stronie władzy świeckiej, jak i, niestety, duchownej. Rekord podłości pobiły insynuacje, że to „prolajferzy” ponoszą odpowiedzialność za całą sytuację, że zachowali się co najmniej nierozważnie, a może wręcz wzięli udział w prowokacji, której celem było utrudnienie, ba! może nawet zablokowanie dobrej zmiany. Że owszem, wszyscy są za życiem, ale akurat nie tu i nie teraz. Notabene niejako przy okazji, mimochodem rządząca partia wyrzuciła do kosza inne projekty prawa, zmierzające do ukrócenia w Polsce i innych wołających o pomstę do nieba procederów, na czele z takim skrajnym przypadkiem mentalności eugenicznej i aborcyjnej, jakim jest tzw. in vitro.

Kto jednak w tych dniach oglądał relacje z Sejmu, ten nie może mieć wątpliwości – to właśnie dr Joanna Banasiuk i mec. Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris, to Mariusz Dzierżawski z Fundacji Pro – Prawo do Życia, to oni bronili tam nie tylko życia nienarodzonych, ale po prostu honoru Polski. I to po ich stronie były tu wszelkie racje, także polityczne, wbrew temu, co się chyba zdaje samemu prezesowi Kaczyńskiemu i tym, którzy od tygodnia nachwalić się nie mogą finezji jego manewru odwrotowego. Tymczasem właśnie powaga naszej sytuacji międzynarodowej, skala wyzwań i zagrożeń, wobec których stoimy, to wszystko tym bardziej skłaniać powinno do kategorycznego opowiedzenia się za prawem do życia. Nie zapominajmy: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Jakże mamy oczekiwać błogosławieństwa we wszystkich innych sprawach naszego życia zbiorowego, skoro właśnie zbiorowo po raz kolejny usankcjonowaliśmy składanie dorocznej ofiary z ludzi. Tak jest, ofiary z ludzi – konkretnie z ok. 1000 dzieci, które złożone zostają na ołtarzu ignorancji, bezwzględności i konformizmu.

Grzegorz Braun

Oswajanie aligatora

Szanowni Państwo!

Szwaby i kacapy nigdy dobrze nam nie życzyły. Szwab zawsze nas oszwabiał, a kacap mordował, albo rusyfikował. Od wieków nic się w nastawieniu tych nacjach nie zmieniło i żadne zaklinanie rzeczywistości tu nie pomoże, przeciwnie rozzuchwala naszych odwiecznych wrogów. Zarówno „przyjaźń niemiecko-polska” jak i „rosyjsko-polska”, to czysta fikcja. Istnieją tylko różne układy interesów Moskwa – Berlin nad naszymi głowami i naszym kosztem. Można w nieskończoność próbować oswajać aligatory, ale jeszcze nikomu się to nie udało.

Powinniśmy się cieszyć z osłabienia Unii Europejskiej po wyjściu z niej Wielkiej Brytanii. To nasza wielka szansa wybicia się na prawdziwą niepodległość. Chcę wierzyć, że nasz rząd to rozumie, a retoryka o „umacnianiu więzi z UE” jest tylko inteligentnym kamuflażem.

Jako miłośniczka kryminałów, zwłaszcza z politycznymi podtekstami, często się zastanawiam jakbym postąpiła, gdybym miała decydować o ważnych dla Polski sprawach, w obliczu nie tylko różnych opinii, odnośnie do przewidywanych skutków mojej decyzji, ale też nacisku różnych grup interesów. Myślę, że konieczna byłaby umiejętność wcielenia się w co najmniej podwójnego agenta. Natomiast udawanie tresera aligatorów zostawiłabym osobnikom pokroju Króla Europy.

Pozdrawiam i do następnej soboty
Małgorzata Todd

Election Fraud in Austria? Skandal wyborczy w Austrii – Max Kolonko Mówi Jak Jest

Austriacki TK: w wyborach prezydenckich wykryto nieprawidłowości, które dotyczyły 77,926 głosów – WYBORY BĘDĄ POWTÓRZONE – zaprzysiężenia Van der Bellena na prezydenta nie będzie – Van der Bellen wygrał nad prawicowym Hoferem różnicą 31,026 głosów korespondencyjnych. Zobacz co Max mówił o wyborach w Austrii w MaxTVnews, kiedy nikt nie wierzył w powtórkę.

Dodatnie i ujemne plusy Brexitu

Ajajajajajajaj! Co to będzie? Panie Cyngielman, pan ruszaj na ratunek Europie, a jak pan nie możesz, to przyślij mi pan te dwanaście tuzinów gaci! Ajajajajajajaj! Jak tak dalej pójdzie, to europejsy ogłoszą paneuropejską żałobę („A my wszyscy w żałobie!”) jako nieutuleni w żalu po brytyjskim referendum. Premier Cameron najwyraźniej tego się nie spodziewał, skoro natychmiast złożył dymisję. Chodziło mu raczej o podlizanie się angielskim narodowcom, no i wytargowanie dla Wielkiej Brytanii Korzystniejszych warunków w Eurokołchozie, co nawiasem mówiąc, mu się udało, bo Nasza Złota Pani opowiedziała się za mniejszym złem – ale niczym uczeń czarnoksiężnika uruchomił proces, który nabrał własnej dynamiki, zwłaszcza w kontekście muzułmańskiej inwazji, której zorganizowanie węgierski premier Orban przypisuje żydowskiemu grandziarzowi finansowemu Jerzemu Sorosowi. Jaki Soros ma w tym interes? Jakiś musi mieć; warto przypomnieć, że Żydzi są mściwi, jak mało kto, a w tej sytuacji nie można wykluczyć, że wpadli na pomysł, by zemścić się na mniej wartościowych europejskich narodach rękami bisurmanów.

Powodem tej wędrówki ludów jest bowiem wtrącenie licznych krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki Północnej w stan krwawego chaosu. Licznych – ale nie wszystkich, bo taka np. Jordania, którą przecież rządzi tyran, ale która jeszcze bodajże w 1994 roku podpisała z bezcennym Izraelem traktat pokojowy w następstwie którego stała się rodzajem „bliskiej zagranicy” dla Tel Awiwu, nie doświadcza ani żadnych jaśminowych rewolucji, ani wojen o pokój i demokrację, jaką w sąsiedniej Syrii toczą z tamtejszym tyranem „bezbronni cywile”, wynajęci i wytresowani przez CIA, ani „misji pokojowych”, które w stan krwawego chaosu wtrąciły Irak , ani „misji stabilizacyjnych”, które, przy niejakim udziale naszej niezwyciężonej armii („tam wódz taliby gromi, a wzdycha do Kraju”), ściągnęły na Afganistan straszliwe paroksyzmy. Tedy pod pretekstem krwawego chaosu setki tysięcy młodych bisurmanów ruszyły na Europę. O żadnej integracji nie może być mowy, bo mniej wartościowe europejskie narody, poddawane przez europejsów od kilkudziesięciu lat politpoprawnej tresurze, chcą już tylko wypić i zakąsić, no i oczywiście rżnąć się z kim popadnie bez żadnych konsekwencji, w związku w tym wzbudzają w wyznawcach Allaha bezgraniczną pogardę.

Nie można tedy wykluczyć, że starsi i mądrzejsi, którzy potrafili owinąć sobie wokół palca nawet sławnych na cały świat amerykańskich twardzieli, którzy skaczą przed nimi z gałęzi na gałąź, wykombinowali sobie, że przy pomocy bisurmanów zrobią porządek z mniej wartościowymi narodami europejskimi („wnet by ją ubrał w gelabiję, spuściłby suce lanie kijem, po czym umieścił ją w haremie pod czujną eunucha strażą”), przekształcając je w niewolniczą masę, podobną do tej w jaką bolszewicy przekształcili Rosjan. To by nawet dobrze wyjaśniało przyczynę, dla której żydowscy szowiniści tak energicznie zwalczają ruchy nacjonalistyczne w krajach swego osiedlenia, między innymi przy pomocy piekielnej triady w postaci państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego, do którego coraz szerszym frontem włącza się Kościół katolicki w ramach stręczenia tak zwanego „judeochrześcijaństwa”.

Wróćmy jednak a nos moutons, czyli do brytyjskiego referendum. Zapoczątkowuje ono nakreśloną w traktacie lizbońskim procedurę „wychoda”. Brytyjski rząd, zobligowany rezultatem referendum, musi złożyć wniosek o wystąpienie z Unii Europejskiej, który następnie stanie się przedmiotem negocjacji na temat warunków wystąpienia. Jeśli negocjacje doprowadzą do porozumienia, to przedstawione ono będzie do zatwierdzenia Radzie Europejskiej i Europejskiemu Parlamentowi i po ewentualnym zatwierdzeniu Wielka Brytania opuści UE na uzgodnionych warunkach. Te procedury muszą trochę potrwać, a jeśli nawet do porozumienia by nie doszło, albo nie zostało ono zatwierdzone, to Wielka Brytania mogłaby opuścić UE nie wcześniej, niż za dwa lata od złożenia wniosku. Warto dodać, że brytyjski rząd w każdej chwili może swój wniosek wycofać, więc tak naprawdę nic nie jest jeszcze przesądzone.

Niemniej jednak niemiecki minister spraw zagranicznych Walter Steinmeier, zwołał spotkanie „założycieli Unii” Nietrudno domyślić się – po co. Niemcy chcą wysondować, czy „ojcowie założyciele” zaakceptują program przywracania pruskiej dyscypliny w reszcie Eurokołchozu, czy nie. Jeśli zaakceptują – a wiele wskazuje na to, biurokratyczne środowiska „ojców założycieli” dla zachowania swoich alimentów zgodzą się na wszystko, no to przywracanie pruskiej dyscypliny rozpocznie się niezwłocznie i to być może – właśnie od Polski. Warto przypomnieć, że właśnie wobec Polski w styczniu br. została wszczęta bezprecedensowa procedura sprawdzania stanu demokracji i praworządności i jest ona w pełnym toku. Pan minister Waszczykowski poinformował, że rząd wygotował „odpowiedź” na „opinię” Komisji Europejskiej, która w następnym ruchu sformułuje pod adresem polskiego rządu „zalecenia”. Rząd te zalecenia może wykonać, albo nie; jeśli wykona, no to skapituluje – oczywiście pod hasłem umacniania suwerenności, bo jakże by inaczej? Jeśli je zlekceważy, no to Unia Europejska dla podtrzymania swego prestiżu będzie musiała rozstrzygnąć die polnische Frage przy pomocy procedury przewidzianej w traktacie lizbońskim pod nazwą „klauzuli solidarności”, przewidującej usuwanie zagrożeń dla demokracji również przy pomocy interwencji wojskowej. W takiej sytuacji możliwy jest nawet scenariusz rozbiorowy, zwłaszcza gdyby stare kiejkuty zobowiązały się, że nowy rząd, np. z panem Kijowskim jako premierem, w podskokach zrealizuje żydowskie roszczenia wobec Polski. Czyż możemy się łudzić, że Nasz Najważniejszy Sojusznik nie tylko się temu nie sprzeciwi, tylko z radości przyklaśnie? A skoro przyklaśnie temu, to dlaczego miałby nie zgodzić się na rewizję postanowień konferencji poczdamskiej odnośnie „ziem utraconych”? Skoro w ramach kaptowania Niemiec do krucjaty przeciwko złemu ruskiemu czekiście Putinowi, co to chciałby „judeochrześcijańską” Europę „sputinizować” właśnie pozwolił na tworzenie Europejskiej Straży Granicznej, która – co tu ukrywać – jest początkiem tworzenia „europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO”, czyli wyprowadzania Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, to znaczy, że możemy spodziewać się wszystkiego.

Bo gdyby Brexit spowodował tylko „efekt domina” to znaczy – postępującą likwidację projektu politycznego pod nazwą „Unia Europejska”, który został nałożony na pierwotny projekt ekonomiczny w postaci Wspólnego Rynku, to mogłaby to być felix culpa, bo Wspólny Rynek by przetrwał, a nawet otrzymałby potężny impuls rozwojowy dzięki rozluźnieniu biurokratycznego gorsetu. Ale nie możemy zapominać o zasadzie Murphy’ego, że jeśli tylko coś złego może się stać, to na pewno się stanie.

Stanisław Michalkiewicz

O pułkowniku Matuszewskim i jego grobie

Jak już wszyscy pewnie wiedzą do Polski zostaną sprowadzone zwłoki pułkownika Ignacego Matuszewskiego, ministra skarbu II RP. Ja przez długi czas miałem swoistą obsesję na punkcie Matuszewskiego i co jakiś czas pytałem Sławomira Cenckiewicza kiedy dokończy pisać jego biografię, którą ponoć zaczął 6 lat temu. Dziś sądzę, że żadna biografia nie została w ogóle zaczęta, ale pomyślano ją jako ukoronowanie pewnego procesu. Pewnie więc zostanie w końcu wydana, nie wiadomo tylko kiedy. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że pomysł, ze sprowadzeniem zwłok zrodził się w czyjejś głowie wczoraj, a jutro zostanie przeprowadzony.

Matuszewski był postacią kontrowersyjną, brawurową i potrafiącą niejednego zaskoczyć. Jego najważniejszy wyczyn – wywiezienie polskiego złota na Bliski Wschód, co opisane zostało w tysiącznych artykułach i esejach, w tym również w moim tekście zamieszczonym w I tomie Baśni jak niedźwiedź, rozbudza do dziś wyobraźnię wielu ludzi. Grzegorz Braun w filmie „New Poland” przedstawia postać Matuszewskiego niezwykle plastycznie, słyszymy głos pułkownika, głos pełen niezgody na rzeczywistość powojenną i widzimy jego więcej niż skromny grób na jednym z nowojorskich cmentarzy. Grzegorz Braun zrobił ten film dawno temu i dziś pewnie zrobiłby go inaczej. Tak myślę. Nie odpuściłby tak łatwo okoliczności śmierci pułkownika, na rzecz dywagacji, dość oczywistych i trywialnych o powojennym, jałtańskim porządku. Matuszewski, mężczyzna silny i zdrowy, zmarł w sierpniu 1946 roku, akurat w czasie kiedy wszystkie ponure, krępujące kraj na wiele lat okoliczności zostały przyklepane. I trudno doprawdy nie pomyśleć sobie o tym, że został zlikwidowany. Ja polecam wszystkim film Brauna, bo tam dokładnie widać kto z polskiej emigracji był w USA traktowany dobrze, a kto źle. Otóż dobrze traktowani byli Bolesław Gebert i Oskar Lange, (jeden działacz związkowy, agent NKWD, drugi zaś ambasador PRL), a źle był traktowany przedstawiciel legalnych władza Polski Ignacy Matuszewski. I nie ma co się tutaj rozwodzić na różnymi subtelnościami. Fakty mówią za siebie. Gebert i Lange, dwaj komuniści, agitatorzy, działacze najbardziej ponurych organizacji jakie powstały kiedykolwiek na planecie Ziemia wyjeżdżają sobie z USA do Polski, po to by tu robić politykę, publicystykę czy co tam jeszcze, a następnie spocząć w Alei Zasłużonych. Moje pytanie na dziś brzmi – czy w związku z przeniesieniem do Polski szczątków pułkownika Matuszewskiego, szczątki Langego i Geberta zostaną z równą pieczołowitością i szacunkiem przeniesione z tejże Alei i złożone na jakimś zwykłym cmentarzu? To jest moim zdaniem ważny kontekst tego wydarzenia, bo wymienieni ludzie zwalczali Matuszewskiego na emigracji, a nie jest wykluczone, że próbowali doprowadzić do jego śmierci. Jak widzimy – sześć lat marudzenia o biografii nad uchem Cenckiewicza Sławomira – sprawa nie jest łatwa. Nie ma bowiem jeszcze książki, a szczątki pułkownika zostaną ekshumowane dopiero w tym roku. Jak będzie legendowana ta uroczystość i w jaką kolejną schizofrenię historyczną nas wpędzi? Ja nie mogę nie zadać tych pytań, bo to są kwestie kluczowe i dotyczą tego co się uważa, a czego się nie uważa za Polskę. Ktoś mi tu zaraz powie, że niepotrzebnie się czepiam, bo chodzi w końcu tylko o upamiętnienie człowieka zasłużonego i oddanie mu należnego hołdu. Otóż właśnie nie, w przypadku Matuszewskiego chodzi dokładnie o coś innego, o określenie co jest, a co nie jest Polską. Ja jestem oczwywiście zwolennikiem sprowadzenia tych biednych szczątków do kraju i pochowania ich z należnymi honorami. Nie wiem tylko gdzie one zostaną złożone i to mnie trochę martwi. Konkretnie zaś chodzi mi o to, w jakiej odległości od Langego i Geberta.

Jestem więcej niż pewien, że dwaj wymienieni przeze mnie panowie zostaną na swoich miejscach, a „ludziom coś się powie”. Jestem pewien, że będziemy mieli teraz zasłużonych z różnych opcji i każdy potomek zasłużonego będzie mógł odprawiać sobie swoją prywatną dewocję bez przeszkód. My jednak, my zwani przez niektórych, zwykłymi, prostymi ludźmi, nadal nie będziemy rozumieć, co jest, a co nie jest Polską. Dla wielu bowiem oczywiste jest, że skoro kawałkiem Polski jest Matuszewski, to siłą rzeczy nie może nią być ani Gebert, ani Lange. Hola – zawoła ktoś – a ten ostatni niby dlaczego nie? Przecież on był kolegą partyjnym Matuszewskiego! Należał do PPS w najbardziej bojowych latach, a do tego wywodził się nie z plebsu wcale, ale był synem kupca. No dobrze a czyim synem był sam Ignacy Matuszewski? O, rodzina to wielce zasłużona, dziadek był w Powstaniu Styczniowym, a ojciec, również Ignacy, był działaczem pozytywistycznym, redaktorem różnych ważnych periodyków (sprawdźcie przez kogo finansowanych). Był też znawcą i wielbicielem okultyzmu i lubił sobie popatrzeć na wyczyny Eusapii Palladino, kiedy ją Ochorowicz sprowadzał do Warszawy. Sprowadźmy więc to wszystko do wspólnego mianownika, nie przejmując się okrzykami oburzenia. Mamy kupiectwo i okultyzm. Co tworzą te dwie jakości jeśli połączyć je w jedno? Herezję, to jasne. Starą, dobrą, średniowieczną herezję. Już kiedyś daliśmy tutaj zwięzłą definicję herezji w wersji dla maluczkich – rozwiązłość + ciężka praca – sakramenty. Tak to wygląda od strony tych co pracują dla herezji od świtu do nocy. Dziś nowa definicja, dla tych, którzy tym urządzeniem kierują – kupiectwo lub jak kto woli bank + dziwne i zaskakujące rytuały = herezja w wersji dla szefów.

Jak widzimy mój postulat, by usunąć Langego z Alei Żasłużonych był przedwczesny i postawiony bez zrozumienia sytuacji. Teraz jednak, kiedy już tę sytuację zrozumieliśmy, możemy zasiąść przed telewizorami i popatrzeć jak sprowadzają te szczątki i jak je chowają z honorami. Niewielu jednak zrozumie dlaczego film Brauna nosił przy tym wszystkim tytuł ‚New Poland”, kiedy dwaj jego główni bohaterowie, w dodatku oponenci wywodzili się z tej samej organizacji. No, ale ich drogi się rozeszły do cholery, polityczne drogi….No niby tak….Powtórzmy więc – na co liczył przedstawiciel legalnego rządu Polski w USA pułkownik Matuszewski? Na pomoc USA i innych krajów wolnego świata. Czy się jej doczekał? Nie. Komu w tym czasie pomagał ten wolny świat? Langemu i Gebertowi, to jasne. Czy było to dla kogokolwiek tajemnicą? Oczywiście, że nie. Jak się czuł w takich okolicznościach Ignacy Matuszewski? Przypuszczam, że podle, ale co miał zrobić. W filmie Brauna tego nie widzimy i nie wiemy co myślał Matuszewski o swoim byłym, pratyjnym koledze Oskarze Lange. Może dowiemy się czegoś na ten temat z biografii, którą napisze Cenckiewicz…że co? Że nie napisze? Ja też tak myślę….Sam nie wiem dlaczego. Myślę, też, że tego Matuszewskiego pochowają chyłkiem i nawet nie wyjaśnią nikomu kim on był. Lange zaś i Gebert pozostaną na swoich miejsach, tak żeby każdy młody człowiek w Polsce, który zechce interesować się historią nie miał żadnej możliwości dobrego wyboru. Żeby miał zryty beret i myśli pokręcone, żeby nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie co jest, a co nie jest Polską.

Na tym kończę. Przypominam, że do 27 lipca trwa w naszym sklepie www.coryllus.pl promocja niektórych tytułów, w tym angielskiej wersji Świętego królestwa, promocja wymyszona okolicznościami, o czym pisałem wczoraj.

Jak co dzień umieszczam tu jeszcze nagrania z Bytomia. Oto najnowsze – wywiad z Leszkiem Żebrowskim