piens.pl / POLSKA / Konsekwentnie realizowany jest scenariusz prowokacji do doprowadzenia do wojskowej interwencji w Polsce w wykonaniu niektórych państw UE

Konsekwentnie realizowany jest scenariusz prowokacji do doprowadzenia do wojskowej interwencji w Polsce w wykonaniu niektórych państw UE

Ostania nagonka medialna na tzw. obronę demokracji (zauważmy, że już mniej straszą PIS’em, a bardziej naciskają na zagrożenie demokracji), której klasyczny przykład możemy prześledzić na stronach portalu wpolityce.pl prawdopodobnie nie jest przypadkowa i ma swój głębszy sens. Coraz wyraźniej widać, że konsekwentnie realizowany jest scenariusz prowokacji, zmierzającej nie tylko do odwrócenia wyników ostatnich wyborów prezydenckich i parlamentarnych, ale również, a może nawet przede wszystkim – do doprowadzenia do wojskowej interwencji w Polsce w wykonaniu niektórych państw Unii Europejskiej, które najwyraźniej nie mogą się tego już doczekać.

Grunt pod obecne wydarzenia został przygotowany przez byłego prezydenta Komorowskiego ogromnie dyspozycyjnego wobec byłej Wojskowej Służby Informacyjnej (WSI), którą osobiście podejrzewam o maczanie palców w aktualnych incydentach skierowanych przeciwko rządowi PiS. Otóż pan prezydent Komorowski jeszcze w 2013 roku skierował do tak zwanej „laski” projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, napisany co najmniej przy wydatnym udziale pana profesora Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa Trybunału. Czy pan profesor Rzepliński sam powymyślał różne rozwiązania, czy też podsunęli mu je starsi i mądrzejsi – tego pewnie już się nie dowiemy. Mniejsza zresztą o to, bo projekt, jak to projekt – drzemał sobie w Sejmie, trafiając od czasu do czasu pod obrady jakiejś komisji – aż przyspieszenie nastąpiło w maju, kiedy to pan prezydent Komorowski, chociaż miał wygrać w cuglach, wybory prezydenckie przegrał. Sejm w tempie stachanowskim ustawę o TK uchwalił, a Senat ustawę zatwierdził. Jednak do ustawy o TK został wpisany rozdział 10 przewidujący możliwość tak zwanego „marszałkowskiego zamachu stanu”. Marszałek Sejmu może mianowicie złożyć do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o stwierdzenie „przejściowej niemożności” sprawowania przez prezydenta swego urzędu.

Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że w tej sytuacji odpowiednia obsada Trybunału Konstytucyjnego przez sędziów przewidywalnych, jest sprawą najwyższej wagi. Toteż kiedy się okazało, że również Platforma Obywatelska wyborów nie wygrała, bezpieczniaccy reżyserowie prowokacji nakazali Umiłowanym Przywódcom dokonanie natychmiastowego wyboru odpowiednich sędziów, nawet z pewnym zapasem, bo wiadomo, że od przybytku głowa nie boli. Tymczasem prezydent Duda tych wybrańców narodu nie zaprzysiągł, zaś z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości Sejm wybrał następnych pięciu sędziów. Natychmiast się okazało, że nad naszą młodą demokracją zawisło straszliwe zagrożenie, w związku z czym natychmiast utworzony został Komitet Obrony Demokracji z udziałem żydowskiego Zakonu Synów Przymierza, a poprzebierani za dziennikarzy funkcjonariusze zatrudnieni w niezależnych mediach głównego nurtu podnieśli straszliwy klangor, że demokrację trzeba ratować i w ogóle. Wtórują im grupy eksperckie głównie z Uniwersytetu Warszawskiego, dzięki czemu możemy lepiej zorientować się w stopniu nasycenia uniwersytetów przez ubecką agenturę, która za swoje wyniesienie musi się przecież odwdzięczać.

No dobrze – ale jaki jest cel tego klangoru, tych lamentów nad zagrożoną demokracją? Rzecz w tym, że w traktacie lizbońskim jest zapisana tak zwana „klauzula solidarności”. Przewiduje ona, że jeśli w jakimś kraju członkowskim demokracja jest zagrożona, to Unia Europejska, na prośbę takiego państwa, może udzielić mu bratniej pomocy, również wojskowej i zagrożenia dla demokracji usunąć. Teoretycznie z taka prośbą powinny zwrócić się władze tego państwa – ale co zrobić, kiedy zagrożenie dla demokracji płynie właśnie od tych władz? Wtedy ktoś musi władze wyręczyć, to chyba jasne – no i właśnie dlatego bezpieka zadbała o utworzenie Komitetu Obrony Demokracji, który – kiedy tylko padnie taki rozkaz – z odpowiednią prośbą wystąpi. Żeby było już całkiem jasno, to trzeba przypomnieć, że 24 stycznia 2014 roku prezydent Komorowski podpisał ustawę nr 1066 o „bratniej pomocy”, która legalizuje udział formacji zbrojnych obcych państw w tłumieniu rozruchów na terenie Polski. Jak widzimy, scenariusz prowokacji został przez naszych bezpieczniackich okupantów przygotowany jeszcze staranniej, niż podczas stanu wojennego w roku 1981, no ale bezpieka tej się uczy, też się doskonali, przede wszystkim w zdradzie stanu.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, ze ustawa 1066 była po prostu kolejnym objawem powszechnej w naszym kraju „biegunki legislacyjnej”. Okazuje się jednak, że prawo to może zostać wykorzystane przez przegrane w wyborach siły polityczne, do powrotu do władzy. Obecnie scenariusz ten wydaje się nieprawdopodobny, ale wydarzenia bardzo przyspieszają i widać gołym okiem, że siły, które sprawowały w Polsce władzę po przepoczwarzeniu się PRL w III RP, nie zamierzają odpuszczać i szykują atak.

W przygotowaniu podbudowy pod planowany zamach stanu stosowane są wszystkie salonowe media, które zwarły szyki i duraczą Polaków kuriozalną propagandą, jakoby zagrożona była demokracja. Niestety wielu niezbyt lotnych umysłowo obywateli naszego kraju łyka takie historyjki jak przysłowiowe „głodne pelikany”. Jednocześnie z nawałą propagandową, w mediach pojawiają się też wypowiedzi przedstawicieli odłączonego od koryta establishmentu, które mogą sugerować planowaną sekwencje wydarzeń. Już na pierwszy rzut oka widać, że sposobem na odzyskanie władzy ma być zaangażowanie w ten proces ośrodków zagranicznych.

Dzisiaj Polsce groził między innymi szef Parlamentu Europejskiego, Martin Schulz, który stwierdził, że wydarzenia w Polsce mają charakter zamachu stanu. Ta bezczelność wpisuje się w narrację niemieckich mediów i to nie tylko tych zza Odry, ale też tych nad Wisłą. Berlin najwyraźniej nie może się pogodzić z utratą wpływów w Polsce i wygląda na to, że rozważana jest jakaś opcja awaryjna. Wspomniany już Martin Schulz jeszcze we wrześniu groził między innymi naszemu krajowi, twierdząc, że powrót nacjonalizmów jest wykluczony i w razie konieczności „duch europejskiej wspólnoty” musi być narzucony siłą.

Zapowiedzi stworzenia armii UE zwanej dla niepoznaki „strażą graniczną” i pozostającą w dyspozycji Brukseli mogą niepokoić. Ale nawet bez tego można sobie wyobrazić bratnią pomoc w Polsce na kształt tej jakiej sami udzieliliśmy Czechom i Słowakom w 1968 roku. Miejmy nadzieje, że do tego nie dojdzie, bo o ile można sobie wyobrazić polskich „lemingów” nakręconych przez media, którzy witają z kwiatami wkraczającą Bundeswerę, to trzeba sobie zdawać sprawę, że przynajmniej część narodu chwyci po broń pamiętając, że wkroczenie na nasze terytorium obcych wojsk kończyło się zawsze rozbiorem naszego kraju.

Sprawdź także

Dodatnie i ujemne plusy Brexitu

Ajajajajajajaj! Co to będzie? Panie Cyngielman, pan ruszaj na ratunek Europie, a jak pan nie …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: