piens.pl / POLSKA / Niepokonani (cz. 5) – o polskiej husarii i nie tylko

Niepokonani (cz. 5) – o polskiej husarii i nie tylko

Stefan Czesław Anders

O polskiej husarii

Jeden z telefonów, jakie otrzymałem od Państwa Czytelników, był treści: Jeśli reżyser Jerzy Hofmann pokazuje coś źle o polskiej husarii w filmach „Potop” i „Ogniem i mieczem” – to konkretnie co?

Wiele rzeczy współcześnie przedstawianych, a dotyczących husarii nie ma nic wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Po pierwsze – koń. Koń husarski wyglądał zupełnie inaczej. Był krzyżówką konia kurlandzkiego z koniem sztumskim. Koń kurlandzki to rasa koni o najwyższym wzroście w całej historii. W kłębie, miejsce gdzie końska szyja przechodzi w tułów, wierzchowce owej rasy przekraczały dwa metry. Natomiast koń sztumski to rasa najsilniejszych i najpotężniej umięśnionych koni pociągowych. Rasa ta istnieje do dzisiaj podczas gdy hodowli koni kurlandzkich zaprzestano. Krzyżówka ogiera rasy kurlandzkiej z klaczą rasy sztumskiej dawała wierzchowca niezwykłego wzrostu i potężnie umięśnionego, wielkiej siły i co ważne zdolnego do galopu. Przy okazji bardzo wytrzymałego i skocznego. Psychologicznie takie zwierzęta, świadome swej siły i wzrostu, ciągnęło do wyczynów, do szybkiego biegu, do skoków, stanowiły więc znakomity typ konia sportowego i wojskowego. Przyjmuje się, że koń taki musiał ważyć niewiele ponad 500kg. Waga taka wynika z faktu, że koń lżejszy nie sprostałby stawianym przed nim wysokim zadaniom, pod husarzem ważącym „brutto” nierzadko 100kg. Natomiast koń cięższy nie posiadał by wymaganej zwrotności i szybkości.

Jak pięknie wyglądał jeździec, husarzy dobierano pod względem wzrostu, siły, odwagi i inteligencji, nie wspominając o pięknie husarskiego stroju i zbroi, na takim koniu pokazują obrazy z tamtych lat. Jeden z nich jako reprodukcja w „Encyklopedii Staropolskiej” Z. Glogera – gorąco polecam do obejrzenia.

Druga kluczowa kwestia fałszu to sprawa taktyki walki. Trzecią – skład husarskiej chorągwi. Na filmach Hofmanna widzimy pędzącą na wroga bezładna kupę ostrzeliwaną ogniem z muszkietów. Widzimy jak w tej masie jeźdźców co jakiś czas, któryś pada. Ostatecznie jednak szarża dochodzi do celu i husarze uderzają kopiami we wroga rozbijając go i zmuszając do ucieczki. Obraz Hofmanna nie jest jednak prawdziwy, nie tak wyglądała szarża husarska. Wszelako zacznijmy od początku, od składu chorągwi.

Typowa chorągiew husarska składała się z 40 husarzy (towarzyszy husarskich jak mawiano w tamtych czasach) oraz 160 pocztowych (towarzyszy pocztowych, którzy brali udział w walce; nazwa ich pochodziła od pocztu rycerskiego), nadto 80 podajnych, po 2 na każdego husarza. Podajni stali (konno) w pobliżu miejsca walki i odpowiadali za bezpośrednie zaopatrzenie husarzy w broń. Jeden trzymał zapasowe konie, a drugi z dodatkowe kopie i pistolety.

W XVII wieku skuteczny zasięg strzału z muszkietu wynosił 200 metrów. Wchodząc w strefę ostrzału, husarze ustawiali się typowo w 4 rzędy po 10 jeźdźców. Odległości między husarzami podczas prawie całej szarży (przed samym uderzeniem dochodziło do bardzo ciekawego momentu – o czym później) wynosiły przynajmniej długość konia, a dokładnie 3m plus 1m szerokości konia z jeźdźcem. Umożliwiało to:

  1. wykonywanie zwrotów „po koniu”, co z kolei dawało możliwość przerwania w każdej chwili szarży, bez zamieszania w szeregach;
  2. omijanie niespodziewanych przeszkód na drodze (chociażby leżących na pobojowisku rannych, zmarłych czy końskich trupów);
  3. utrudniało celowanie do tak luźnego szeregu;
  4. przy szarżach na inną kawalerię dawało możliwość „wejście” w przeciwnika.

Strzelająca piechota miała szansę trafić co najwyżej pierwszych czterech husarzy pozostali byli schowani za pierwszym szeregiem. Faktycznie największe prawdopodobieństwo trafienia dotyczyło jednak 4 pierwszych koni, bo jeźdźcy bez problemu chowali się za potężnymi szyjami swoich wierzchowców. Husaria (w typowych warunkach) zaczynała szarżę w odległości około 375m od przeciwnika. Pierwsze 75m przejeżdżała stępem w około 45 sekund, później 150m kłusem w około 45 sekund, kolejne 120m galopem w około 24 sekundy by na 30m przed ugrupowaniem przejść w cwał i pokonać dystans w 3 sekundy (dotyczy to tylko 1-szego szeregu). Tylne szeregi przechodziły w cwał wcześniej (na około 60m przed ugrupowaniem przeciwnika). Całkowity czas dotarcia do zgrupowania przeciwnika wynosił więc około 2 minut z czego w strefie niebezpiecznego ognia muszkietowego (200m od wroga) husarze przebywali około 45 sekund. W tym czasie najbardziej wprawni muszkieterzy byli w stanie oddać co najwyżej 3÷4 salwy. Tym sposobem z każdej z czterech kolumn po 10 husarzy mogło ubyć najwyżej 3÷4 z nich.

Rozwiązanie zaś zagadki wcześniejszego przejścia w cwał tylnych szeregów jest związane z najciekawszą fazą szarży. Pozwalało to na zrównanie drugiego szeregu z pierwszym. Co to dawało? Bardzo wiele, uzupełniało straty pierwszego szeregu, a poza tym, po zrównaniu dwóch pierwszych szeregów, odległości między jeźdźcami zmniejszały się 2-krotnie (z 4m do 2m). Dodatkowo cały front chorągwi ścieśniał się w ten sposób, że skrzydłowi parli końmi do środka szyku. Dawało to maksymalną zwartość ugrupowania (odległości między jeźdźcami w tym momencie można szacować na mniej niż 1,5m; pamiętnikarze mówią nawet o szyku „kolano w kolano”), a co za tym idzie największą siłę przełamującą.

Długi i szeroki proporzec na każdej wielkiej włóczni służył m.in. do odgarniania pik piechoty w bok. Piki przebijały proporzec, a husarz szybkim ruchem kopii odsuwał je z kierunku, w którym galopujący na potężnym koniu jeździec wpadał w szyki nieprzyjaciela. Koń husarski był przyuczony, że w gąszczu nieprzyjaciół poczyna kręcić się dookoła jednocześnie posuwając się do przodu. Było to tzw. „kręcenie młynków”. Potężnie umięśniony koń był też trenowany, by kopał i gryzł naprawdę skutecznie (gryzł zwłaszcza konie przeciwnika – gdy husaria atakowała kawalerię, a kopał już bez preferencji – zarówno konie przeciwnika jak i piechociarzy). W tej fazie walki husarz posługiwał się nadal kopią, a gdy ta w impecie ataku uległa skruszeniu, o co zresztą chodziło, wyciągał spod lewej nogi dwumetrowy husarski koncerz i posługując się nim jak wielkim szpikulcem razem z wierzchowcem „kręcili młynki”. Kwestię masakry jaką robiło 30 takich jeźdźców w szeregach przeciwnika pozostawiam wyobraźni Czytelników.

Tuż za nimi wpadało do walki (z reguły z pół-minutowym opóźnieniem) 160 pocztowych. Żołnierze ci byli znacznie lżej uzbrojeni. Nie mieli pancerzy, a oręż ich stanowiły lekkie włócznie (na Litwie zwane „petyhory”; broń ta stała się protoplastą późniejszych lanc ułańskich) oraz szable, tarcze, łuki refleksyjne (przeważnie w preferowanej przez Polaków w perskiej odmianie), kołczan ze strzałami i dwa długolufowe pistolety w tzw. olstrach przy siodłach. Zadaniem pocztowych było wspomagające uderzenie, gdy już nie grozi ostrzał, a przede wszystkim pościg za uciekającym przeciwnikiem. Co ciekawe, opisy z tamtych lat pozwalają na stwierdzenie, że konie husarskie w jakiś naturalny sposób nie lubiły tłoku, a te wielkie i piękne zwierzęta same w sobie były odmianą groźnej broni husarskiej. Pocztowi dosiadali już typowych, lekkich i szybkich koni.

Co działo się z owymi pierwszymi czwórkami ustrzelonymi w czasie zbliżania się do linii przeciwnika? Rzecz w tym, że husarze ginęli rzadko. Znacznie częściej, jako większy cel, ginęły konie. Nie zatrzymywało to jednak szarży ponieważ każdy koń husarski był ćwiczony do wysokiego skoku. Leżącego na ziemi konia wraz z jeźdźcem przeskakiwał bez problemu! Ci którym ustrzelono konie, wysuwali nogi ze strzemion i stosując wyszkolony ruch rzucenia się do przodu i bokiem własnego ciała przez szyję zabitego lub rannego wierzchowca wylatywali z siodła, następnie chwilę siłą rozpędu toczyli się po ziemi. Potem spokojnie czekali, aż koledzy przeskoczą nad nimi kontynuując szarżę. Następnie podjeżdżali do nich podajni przyprowadzając nowego wierzchowca i w razie potrzeby nową kopię. Grupa takich „ustrzelonych” husarzy po chwili stanowiła odwód gotowy w każdej chwili włączyć sie do bitwy. Wykonywali oni z reguły kolejne pomocnicze uderzenie w miejsce, gdzie szyk przeciwnika dostatecznie nie pękł!

Gdy husaria mimo wszystko nie zdołała masy wojsk przeciwnika zmusić do ucieczki, wykonywano zwrot i powtarzano szarżę. W czasie zwrotu każdy husarz i pocztowy na dany przez dowódcę sygnał, z reguły świst specjalnego, bardzo donośnego gwizdka (zwanego „piszczałką”), wyciągali pistolety jakie mieli w olstrach przy siodłach, a następnie „częstowali” ołowianymi kulkami dwóch najbliższych przeciwników. Umożliwiało to spokojne zawrócenie koniem i galop do tyłu. Pocztowi osłaniali odwrót husarzy „szyjąc” do przeciwników z łuków. W technice strzału do tyłu z galopującego konia, zwłaszcza do ścigających jeźdźców Polacy byli mistrzami celności. Tymczasem husarze po dotarciu do własnych linii od podajnych dostawali nowe, nie zmęczone konie, nowe kopie, wymieniali pistolety na nabitą broń, robili kolejny „w tył zwrot” i natychmiast byli gotowi do następnego ataku. Trwało to wszystko bardzo krótko co było efektem długich treningów. Chorągwie husarskie, ludzie i konie, ćwiczyły dokładnie dwa lata zanim kierowano je do boju. Wracający z pola walki pocztowi rozstępowali się na boki, a przeciwnik nagle widział atakujących husarzy, którzy przed chwilą oddalali się z miejsca starcia. Zaraz za husarzami atakowali i pocztowi. Były to sławne „zwroty” i „nawroty” polskiej husarii.

Ile bym dał, by zobaczyć – jeśli nie film, to przynajmneij animację komputerową – jak to mogło wyglądać. Reżyser Hofmann z pewnością tego nie pokazał, choć to spolonizowany człowiek rozkochany w Sienkiewiczu.

Duch armii

„Esprite do corps” – „duch armii” – jak mawiają Francuzi. Bez tego nie zrozumiemy polskich zwycięstw. Nie zrozumiemy w jaki sposób można było rzucić się chorągiew husarską (200 jeźdźców) przeciwko dwóm tysiącom wrogów? Nie zrozumiemy, dlaczego polscy wodzowie przyjmowali bitwy przy tak dużej dysproporcji sił jak choćby pod Kircholmem (1605 rok – 5 tys. Polaków przeciwko 30 tys. Szwedów, stosunek sił 1:6); pod Kłuszynem (1607 rok – 5 tys. Polaków przeciwko 60 tysiącom Rosjan, Szwedów i Niemców – stosunek sił 1:12), czy Lwowem (1675 rok – 3500 Polaków przeciwko 70 tysiącom Turków – stosunek sił 1:20) lub rekordowa bitwa jeżeli chodzi o stosunek sił walczących stron – bitwa pod Hodowem (400 husarzy i pancernych przeciwko 40 tysiącom Tatarów – 1:100). Tymczasem Polacy w takich warunkach odnosili świetne, niezrównane, a często miażdżące zwycięstwa!

Przy tego typu wydarzeniach odgrywała rolę nie tylko świadomość posiadania formacji uderzeniowej, jakiej żadna inna armia świata nie ma ale ważne jest to co dzieje się w sercach i umysłach poszczególnych żołnierzy. Żeby zrozumieć te zwycięstwa musimy poczuć jak ówcześni Polacy myśleli. Jest to zjawisko nieporównywalne i unikalne jednak spróbujmy je ogarnąć.

Dawne polskie „dylematy”…

Gdy Polska weszła do Europy w X wieku była krajem silnym, dużym i świetnie zorganizowanym. Zastanawiano się w ówczesnej Europie, co właściwie z tym państwem zrobić, jakie powinno być jego miejsce „w rodzinie” katolickich narodów? Odpowiedzią była koncepcja Cesarza Ottona III i koronacja Bolesława Chrobrego w 1000 roku, nadto podarowanie królowi Polski kopii włóczni św. Maurycego z relikwią gwoździa z Męki Pańskiej. Identyczną kopię Otton III podarował Królowi Franków, a oryginał włóczni miał u siebie. Wszystkie oczywiście ze wspomnianymi gwoździami-relikwiami. Myśl Cesarza Ottona jest tu klarowna: Tak jak trzy Rany Chrystusa dały ludziom Zbawienie tak tych trzech chrześcijańskich władców ma razem zapewnić Europie i Kościołowi bezpieczeństwo. Przy uznaniu ich równości, a zarazem honorowego prymatu Cesarza Niemiec. Jednak wielki i głęboko myślący Otton III żył zbyt krótko, by jego kocepcje odcisnęły trwalszy ślad w sposobie myślenia politycznego ówczesnych elit i społeczeństw. Po śmierci Ottona w świadomości niemieckiej zwyciężył bizantynizm i „królestwo pychy”.

Już wcześniej niemieckie „parcie na wschód” spotkała przykra niespodzianka i klęska w bitwie pod Cedynią w 962 roku. Opisujący tamte czasy biskup-kronikarz Thietmar napisał też pierwsze dzieło antypolskiej propagandy. Co ciekawe, nawet Thietmar wprost nienawidzący króla Bolesława Chrobrego nie potrafił ukryć podziwu dla żony władcy Polan Wielkich (nazwa Polacy jest zbitkiem słów Polanie Wielcy), królowej Emnildy Słowiańskiej zastępującej męża w roli „sądu najwyższego” ponieważ Bolesław nie miał czasu na rozpatrywanie odwołań sądowych. Emnilda była pierwszą wielką kobietą prawniczką w naszej historii.

Wracając jednak do niemieckiego „parcia na wschód”. Ówczesnym Niemcom nie mieściło się w głowie, że granica ich ekspansji na wschód zatrzymała się na linii Nysy Łużyckiej i Odry, a faktycznie na prawie 300 lat się zatrzymała. To był efekt polityki pierwszych katolickich Piastów od Niedźwiedzia I po Bolesława III Krzywoustego. Jednak problem polegał na tym, że Cesarstwo Niemiec i wchodzące w jego skład państwa nie uprawiało polityki permanentnej zbrodni ani w kierunku zachodnim, ani północnym, ani nawet południowym ( no, może trochę jeśli chodzi o Włochy). Zdumiewające jest to, że politykę mordowania całych narodów, np. Obodrzyców, czy Wieletów władcy niemieccy uprawiali tylko wobec ludów słowiańskich! Niemców np. we Francji w XII wieku uważano za dobrych ludzi. Natomiast oburzano się na „le grand prince do Pologne” („wielkiego księcia Polski” – jak nazywano Bolesława III Krzywoustego). Francuzi nie mogli zrozumieć dlaczego on tak walczy z cesarzem? Czemu nie chce uznać cesarskiej władzy nad sobą? Przecież cesarz Niemiec to zwierzchni władca wszystkich władców chrześcijańskich? O co chodzi tym „wstrętnym Polakom”, z powodu których ciągle jakaś wojna?

Ówcześni Polacy myśleli mniej więcej tak. Przyjęliśmy chrześcijaństwo, mamy teraz od zachodu i od południa sąsiadów, którzy są naszymi braci w wierze. Jednak ci z zachodu, co to za bracia? W ich wykonaniu zbrodnia idzie za zbrodnią! Dodatkowo zbrodnie te są wyjątkowo drastyczne, jak choćby eksterminacja Słowian zachodnich pod pozorem nawracania. Dlaczego jeszcze nas opluwają w tych dalekich europejskich krajach? Coś tu jest nie tak! Coś musi być nie tak w niemieckiej i francuskiej interpretacjach chrześcijaństwa! To jakieś dziwne, niedobre, nieprawdziwe chrześcijaństwo, królestwo ziemskiej pychy i chciwości pod pozorami szerzenia wiary. W związku z tym, musimy wypracować koncepcje własne. Musimy rozważyć jak to naprawdę zgodnie z nauką Chrystusa powinno wszystko wyglądać. Niemcy tego nie robią, gdzie indziej, we Francji, Anglii, Italii też nikt nie mówi o tym. W tej sytuacji chyba tylko myśmy zostali. Zastanówmy się więc, czy nawracanie w drodze wojny zaborczej jest w ogóle zgodne z Ewangelią Pana Jezusa Chrystusa?

Dla naszego pognębienia w XIII wieku na ziemiach polskich pojawił zakon Rycerzy NMP – czyli Krzyżacy. Sprowadzeni do Polski przez jednego z najgłupszych Piastów. Od samego początku postępowanie „rycerzy Marii” było jedną wielką, permanentną zbrodnią i oszustwem.

Samodzielność intelektualna i przekonanie o jej konieczności, nastawienie na właściwe zrozumienie nauki Chrystusa i jej poszukiwanie, ba! poczucie swego rodzaju misji religijnej, jakby wykonywania zadania dla całego chrześcijaństwa to wówczas w szczególny sposób cechowało Polaków! Ruch intelektaulny, który wydał imponujące zwycięstwo polskiej delegacji na Soborze w Konstancji nie zaczął się w czasach Jagiełły. On się zaczął grubo wcześniej. Początków możemy szukać nawet od Galla Anonima poprzez arcybiskupa Jakuba Świnkę, dostojników Władysława I Łokietka i króla Kazimierza III, a ściślej – za czasów Kazimierza III – w „stronnictwie panów krakowskich”. Ta postawa intelektualnej samodzielności i przeświadczenia o konieczności typowo polskiego poszukiwania Prawdy w wieku XVI da Polsce, i światu, m.in. Mikołaja Kopernika.

W wieku XIV Polacy – by wrócić do historii idei – rozwinęli koncepcję państwa prawa i monarchii narodowej. Pierwsza polska konstytucja z 1374 roku regulująca funkcjonowanie państwa w całości zaczynała się od słów „Neminem capiti vabimus…”, czyli „nikogo nie pozbawimy głowy bez rozprawy sądowej i wyroku sądu…”. Dla zapewnienie tronu w Krakowie swojej córce Jadwidze musiał ją zatwierdzić król Ludwik I Węgierski. W tym samym czasie wspomniane „stronnictwo panów krakowskich” wymyśliło Unię z Litwą. Absolutna oryginalność tego aktu komentarzy nie wymaga. Tylko jeden raz w historii stworzono państwo o randze mocarstwa w wyniku akcji dyplomatycznej nie używając do tego żadnego aktu przemocy.

Polska upadła gdy pierwotną głęboką religijność zastąpiła chciwość materialna, a pierwotną samodzielność intelektualną i przeświadczenie o jej konieczności (te dwie sprawy się wiązały, pogląd, że coś jest „nie tak” z „niemieckim chrześcijaństwem” brał się z życia prawdami wiary) – zastąpiło małpowanie obcych (kretyńskich zresztą i degeneracyjnych) wzorów. Stało się to jednak dopiero w XVII wieku a na dobre rozkręciło w XVIII wieku.

Wracając do spraw wojskowych

Ponieważ Polacy w XIV czy XV wieku mieli poczucie „zadania do spełnienia”, ba! własnej ważnej wręcz religijnej misji, jaka przypadła im w udziale w związku z tym, rozumieli, iż sami muszą poszukiwać rozwiązań. Takie myślenie przyczyniło się i do opracowania taktyk wojskowych i uzbrojenia całkowicie oryginalnych oraz implikowało wręcz nadnaturalną odwagę!

Polski rycerz, pocztowy, czy piechór mieli takie same przekonania. Wierzyli, że wyruszyli na wojnę bronić spraw sprawiedliwych i słusznych, zapobiegać zbrodniom, walczyć o prawdziwe chrześcijaństwo. Taka postawa trwała bardzo długo, a nawet w XX wieku wydała taki fenomen jak pułkownik Ryszard Kukliński! Nie dziwmy się więc, że rycerstwo polskie będzie śpiewać Krzyżakom przed każdą bitwą „Bogurodzicę”. Rodziło to jasny przekaz. Wy się nazywacie „Rycerzami NMP”, a my naprawdę staramy się Ją, Niepokalaną, tak jak należy czcić i przyzywamy Jej pomocy. Przy takim stanie umysłu nie ma co dziwić się tej budzącej powszechny podziw odwadze. Polacy, zarówno ówcześni jak i współcześni, walcząc o słuszną sprawę byli odważni do szaleństwa. Śmiało możemy porównać odwagę pułkownika Kuklińskiego robiącego zdjęcia, kamerę ukrytą w guziku munduru wobec siedzącego naprzeciwko sowieckiego pułkownika, najtajniejszych sowieckich dokumentów (chciał w ten sposób nie dopuścić do sowieckiej atomowej inwazji na Europę zachodnią, w której Polskę przewidziano jako miejsce atomowego starcia miedzy Sowietami i Amerykanami; w scenariuszach Układu Warszawskiego i NATO zakładano nawet 400 eksplozji nuklearnych na terenie naszego kraju) z odwagą 40 husarzy szarżujących na dwa tysiące wrogiej jazdy czy piechoty. Wspólną cechą tych ludzi jest to samo „nastawienie ducha” w walce o sprawy sprawiedliwe i słuszne, by nie dopuścić do krzywd i zbrodni.

Oczywiście – ma tu rację Paweł Jasienica – w XVII wieku ten nastawiony na samodzielność intelektyualną i poszukiwanie Prawdy sposób myślenia dawnych Polaków ulegnie modyfikacji pod potężnycm wpływem nowego zakonu Jezuitów, którzy do mentalności polskiej wprowadzą swój kult ślepego posłuszeństwa i hiszpańskie namiętne emocje. Od tej pory „rozhukanie emocjonalne” i ulegający mu idioci i idiotki będą stałym problemem w Polsce. W XVIII wieku w naszym kraju nawet zapłoną stosy, których wcześniej w Polsce nigdy nie było. Na szczęście ta pierwotna, wysoce moralna, racjonalna i nastawiona na samodzielność w poszukiwaniu Prawdy kultura polska nigdy nie zostanie do końca przez nowe nurty intelektualne wyparta.

Religijność Polaków i poczucie misji – będzie dawać nam przez trzy stulecia wspaniałe zwycięstwa. Żaden naród w dziejach świata nie miał takich armii, ani tak niezwykłych zwycięstw. Już w XVI wieku zagraniczni goście nie mogli się nadziwić, że w polskim obozie wojskowym nigdy nie było żadnej prostytutki podczas gdy za niemieckimi wojskami ciągną ich całe tabory. Gdy w czasie wojny między Polską, a Księstwem Moskiewskim Iwana IV Groźnego, król Stefan I Batory dowiedział sie, że pewien szlachcic ma w namiocie panią lekkich obyczajów kazał ściąć i ją i jego. Chodziło o to, by grzech cudzołóstwa nie doprowadził do utraty Bożego błogosławieństwa dla armii! Nie podniósł się ani jeden głos protestu! Tak, ówcześni Polacy walczyli, gdy byli przekonani, że walczyć jest ich obowiązkiem wobec Pana Boga! Zapatrzeni w bibline wzory, iż zwycięstwo nie zależy od liczby walczących (o ile taka wola Boża) byli świadomi, że jako atut dodatkowy z Łaski Bożej, stworzyli jako własny oryginalny produkt formację ciężkiej kawalerii o największej sile uderzeniowej w historii wojskowości na świecie. Stąd też nie zwracali specjalnej uwagi na liczebność przeciwnika. Podejmowali śmiałe akcje, które najczęściej kończyły się sukcesem.

Pozwólcie, drodzy Czytelnicy, że opowiem wam o tych zwycięstwach. Zapomniałby, krzyżówki konia kurlandzkiego z koniem sztumskim dokonano pierwszy raz dla Zawiszy Czarnego. Polski olbrzym był po prostu zbyt duży, by siedzieć na normalnym koniu. Nadto to właśnie wtedy, w XIV i XV wieku ukształtowało sie wiele unikalnych cech kultury polskiej jak choćby nie spotykany gdzie indziej w świecie stosunek do kobiet. Ale o tym wszystkim w następnym odcinku. Niech żyje Polska!

Cykl Niepokonani

Sprawdź także

Po 89 r. nazwano latami wolności, czy jednak tak było?

Jak zwyczajny Polak czuje, co się stało z Polską po tzw. „upadku  komunizmu”, co się stało politycznie i …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: