piens.pl / POLSKA / Niepokonani ( cz. 6) – bitwa pod Wiedniem i drobne refleksje

Niepokonani ( cz. 6) – bitwa pod Wiedniem i drobne refleksje

Stefan Czesław Anders

Bitwa o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały

Feldmarszałek Ernest Rydygier hrabia von Starhemberg wobec podwładnych nie okazywał niepokoju. Z południowej wieży zamku cesarskiego obserwował przedpola Wiednia. Turcy byli dwieście metrów od pałacu. Resztki wojsk feldmarszałka broniące podejścia do miasta od południowego zachodu, szykowały się do rozpaczliwej obrony na linii pośpiesznie ufortyfikowanych kamienic. Dzielni żołnierze, dzielni mieszczanie – nie mniej bohatersko wspierający obrońców.

Feldmarszałek wiedział, że miasto jest stracone. Bronił stolicy ukochanej Austrii od 16 lipca 1683 roku. Z 14 tysięcy jego piechociarzy i artylerzystów wspieranych przez 5 tysięcy miejskiej milicji pozostało przy życiu łącznie niewiele ponad 4 tysiące ludzi. Prochu było na jeden dzień walki, żywności na najwyżej trzy dni. 3 września padł rawelin – reduta strzegąca wałów miasta od południowego zachodu. W następnych dniach Turcy zdobyli przyczółki w samych bastionach Lwim i Zamkowym. Feldmarszałek wiedział, że to koniec. Mieszkańcy Wiednia też. Nadto wiedzieli, co ich czeka. I oto nadeszły wieści o zbliżającej się odsieczy!

Jak każdy żołnierz zawodowy, hrabia nie bał się śmierci. W tym fachu każdy się z perspektywą nagłej śmierci szybko oswaja. Nadto, może dla zamożnego cywila śmierć jest nie wiadomo czym, jednak dla żołnierza jest starszą siostrą i wybawicielką z wszelkich trudów i okropności. My żołnierze ubierani jesteśmy w piękne mundury tak jak zmarłych pięknie się ubiera. Przecież my właściwie już częściowo nie żyjemy. Wojna, co to jest wojna? Wojna to trudy kampanii, krwawe jatki, błoto i smród gnijących ciał naszych przyjaciół. To nasze półżycie trwa aż nadejdzie wybawienie. Przychodzimy do tego „zawodu” jako młodzieniaszkowie spragnieni przygód. Potem nie ma odwrotu, a sami najczęściej nie wiemy, czy jeszcze robimy dobrze, czy już źle? Czy jeszcze bronimy sprawiedliwości, czy wysługujemy się politykom, dla którym nie ma żadnej świętości poza żądzą władzy i bogactw zupełnie bez dusznie? Jednak tym razem przynajmniej przed śmiercią Pan Bóg dał nam bronić ukochanego miasta – Wiednia. Ernest Rydygier von Starhemberg był znany z nieokazywania emocji. Pomimo to nawet on musiał przyznać, że widok modlących się dniami i nocami w katedrze Św. Stefana do Matki Bożej z Mariazell o ocalenie Wiednia kobiet i dzieci, wzruszał go głęboko. Obiecał sam sobie, że będzie walczył do ostatka, aż niespodziewanie nadeszły wieści o odsieczy.

Obrońcy otrzymali je gołębią pocztą. Armie cesarskie maszerują, przybyli Polacy, jest ich legendarna jazda, osobiście nadciąga król Polski, a do tego objął naczelne dowództwo. Spodziewany termin bitwy i odblokowania miasta – 12 września. Feldmarszałek zauważył, że przy odczytywaniu treść listu i w niego wstąpiła nadzieja. Zwłaszcza gdy dowiedział się o królu-legendzie, o tym, którego nawet Turcy nazywali „Lwem Lechistanu”. Cesarscy oficerowie broniący miasta nie ukrywali radości. Zgodnie z rozkazem, dokładnie przekazana treść depeszy dotarła do obrońców i wszystkich mieszkańców miasta. Nadzieję wstępującą w ludzi było wręcz fizycznie widać. Może dlatego w tej trudnej sytuacji nie było żadnej paniki, chociaż wały właściwie padły, a Turcy faktycznie byli już w mieście.

Oto nadszedł wyczekiwany dzień – 12 września. Od rana, od zachodu słychać jedynie kanonadę. Nasze piechoty pewno atakują wzdłuż brzegu Dunaju, a Turcy się bronią i pewno kontratakują. Feldmarszałkowi zdaje się, że odróżnia po huku armaty sojusznicze i tureckie. Jednak mimo upływu czasu odgłosy ani się przybliżają, ani oddalają. Bitwa trwa od 10 godzin i nie ma żadnego postępu. Wnioski nasuwają się same, przełamanie linii tureckich się nie udało!

Nagle adiutant chwyta von Starhemberga za rękaw munduru i głośno woła: Tam, herr feldmarschall!!! Tam, na wzgórzu Kahlenberg!!! Dowódca obrony kieruje swoją lunetę we wskazanym kierunku. Ku jego zaskoczeniu, z zupełnie innej strony, od południowego wschodu, ukazała się wielka chorągiew króla Polski! Stary feldmarszałek widzi nawet jeźdźca w imponującej srebrnej karacenie z białym pióropuszem na wspaniałym rumaku, który podjeżdża na sam skraj wzgórza i lustruje wzrokiem teren. To Jan III Sobieski, król Polski!

Von Starhemberg – jak dowódca dowódcę – od razu rozumie zamiary polskiego monarchy i już wie jak rozgrywa się bitwa. Szturmy niemieckiej piechoty na pozycje janczarów na zachodzie to „zmyłka”. Główne siły polskie obeszły głębokim łukiem od południa przez bezdroża lasku wiedeńskiego linie tureckie i pojawiły sie na ich tyłach! Tylko, czy aby coś komuś się nie pomyliło? Wzgórze Kahlenberg, to dość okazałe wzniesienie i ma prawie 500 m wysokości więc nie nadaje się do szarży kawalerii. Poza tym jest zagospodarowane i całe pocięte wysokimi na 1,5 metra murkami, które oddzielają kolejne tarasy winnic, a żaden koń, nie jest w stanie tak sobie skakać po tych tarasach. Tymczasem widać, że za polskim Królem ukazały się oddziały ciężkiej polskiej kawalerii?! Wyraźnie widać jak w dół wzgórza posuwają się formacje polskiej piechoty i granatami spędzają niewielkie oddziały tureckich piechociarzy na wszelki wypadek rozlokowane, na niektórych tarasach. Zadanie wykonuje ulubiona formacja królewska, dragonia – konna piechota. Żołnierze ci formalnie są konnicą, ale walczą najczęściej pieszo, a ich główną bronią jest muszkiet i granat, czyli niewielka kula wypełniona prochem z zapalonym lontem ręcznie rzucana w stronę przeciwnika.

„To rozumiem” – mówi sam do siebie austriacki feldmarszałek – „ale co tam na tej górze robi kawaleria?” Turecki głównodowodzący, wielki wezyr Kara Mustafa, nadjeżdża z miejsca walk na zachód od miasta gdzie od rana walczą oddziały piechoty. Przygląda się całej sytuacji i też nie jest w stanie zrozumieć co na wzgórzu robi kawaleria. Nie zostawił praktycznie żadnych wojsk osłonowych z kierunku góry Kahlenberg, bo wszelki atak stamtąd uważał za niemożliwy. Na wszelki wypadek turecki głównodowodzący kieruje w stronę wzgórza lekkie chorągwie tatarskie.

Hrabia von Stahremberg, który w międzyczasie pośpiesznie wbiegł na najwyższą kondygnację wieży i teraz wprost z blanków dokładnie „lunetuje” co się dzieje, widzi jak Polacy na skraju wzgórza w dość znacznej odległości od siebie ustawiają 26 armat. Jeździec z białym pióropuszem, we wspaniałej karacenie, rozmawia z jakimś oficerem (Austriak nie wie, że ten oficer to porucznik Zbierzchowski, miecznik ziemi łomżyńskiej), a następnie pokazując w dół królewskim berłem rzuca W DÓŁ WZGÓRZ DO ATAKU CHORĄGIEW CIĘŻKIEJ JAZDY!!! To co widzi feldmarszałek, jest po prostu niemożliwe. Olbrzymie konie, na jakich siedzą rycerze z wielkimi kopiami skaczą po tarasach, z tarasu na taras jakby to sprawiało im rozrywkę! Po chwili polska husaria jest już na dole i pędzi prosto na Tatarów! „Polska husaria!”- powtarza z niedowierzaniem von Stahremberg. Widzi w lunecie, jak polscy jeźdźcy przechodzą jak nóż przez miękkie masło przez lekką jazdę Tatarów. Kara Mustafa jednak nie śpi i pośpiesznie kieruje na szarżujących Polaków całą turecką kawalerię.

Widząc to Polacy zawracają i pędzą z powrotem pod górę Kahlenberg. „Co oni robią?” – zastanawia się von Stahremberg. Nieomal 100 polskich husarzy, jest ściganych przez około 40 tysięcy Turków. Polacy dopadają podnóży góry i … ich wspaniałe konie, ku zaskoczeniu wszystkich, goniących i obserwujących, zaczynają wskakiwać na kolejne tarasy. Tureckie konie tego nie potrafią. Przy pierwszych murkach powstaje nieopisana ciżba ludzi i koni. W tym momencie 26 polskich dział otwiera ogień prosto w gąszcz nieprzyjaciół.

„Najskuteczniejsza salwa jaką widziałem w życiu” – komentuje von Stahremberg do adiutanta i dowódców pułków, których natychmiast wezwał do siebie. W tym momencie Austriacy, każdy przez swoją lunetę, widzą, jak polscy dragoni, rozlokowani na trzecim i czwartym tarasie Kahlenbergu otwierają salwami ogień do stłoczonych Turków, nad którymi mają bezpieczną przewagę wysokości.

Nagle ta polska chorągiew, która cofnęła się, zawraca. W tym samym momencie ze szczytu wzgórza ruszają pozostałe 24 chorągwie polskiej husarii. Austriaccy oficerowi podziwiają piękny widok, iście sportowe skoki z tarasu na taras i wspaniałych jeźdźców z wielkimi kopiami. Dzielni pozostali przy życiu tureccy spahissi próbują oporu, ale są bezradni w starciu z husarzami. Cała turecka jazda zostaje dosłownie rozjechana. Kara Mustafa rozpaczliwie kieruje w stronę Kahlenbergu janczarskie piechoty, najpierw rezerwowe, potem z wałów oblężniczych wokół Wiednia. Potem nakaże i odwrót z „frontu zachodniego” części swoich janczarów tam walczących, by rozpaczliwie spróbować jakoś tych Polaków zatrzymać. Ale wszystko na nic się nie zda. Potężna formacja tysiąca husarzy, za którymi wolniej i spokojniej zjechały ich oddziały pocztowe, a potem cała reszta polskiej kawalerii (w międzyczasie polscy saperzy wysadzili w powietrze zbyt wysokie murki i przygotowali dogodną drogę zjazdową). Ten potężny oddział przemierzając pola pomiędzy Wiedniem a wzgórzem Kahlenberg po kolei rozjeżdża wszelkie wojska próbujące stanąć mu na drodze. Tego jednak już nie widzi austriacki feldmarszałek, bowiem zbiega z wieży i pośpiesznie wydaje rozkazy. Wypad z miasta, uderzamy wszystkimi siłami od północy na Turków! Gdy dowodzący na zachodzie książę Karol z Lotaryngii zauważy, że Turcy właśnie wycofali część swoich oddziałów, pchnie i niemieckie piechoty do ataku, który tym razem będzie skuteczny! Armii Imperium Osmańskiego nie pozostanie już nic, tylko ucieczka. Widząc, że sprawa zakończona Polacy skierują uderzenie na turecki ufortyfikowany obóz, zdobywając go bez problemów, a przy okazji biorąc bogate łupy m.in. namiot wielkiego Wezyra.

W tym namiocie żołnierze Króla Jana znaleźli m.in. ciała przepięknych nałożnic, którym przed swoją ucieczką Kara Mustafa kazał ściąć głowy. Kobiety te król Polski kazał pochować, zaś nocą z tegoż namiotu napisał dwa listy. Jeden do papieża Innocentego XI, po łacinie, trawestując słowa Juliusza Cezara (veni, vidi, vici – przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem): „Venimus, vidimus, Deus vincit!” – „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył!”, a drugi do żony, królowej Marysieńki, po polsku, zaczynający sie do słów: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”.

Cała duchowość „Niepokonanych” – naszych przodków z wieków od XIV do XVII jest zawarta w tych słowach.

A feldmarszałek hrabia Ernest Rydygier von Stahremberg będzie wkrótce witać króla Polski wkraczającego do Wiednia jako wybawiciela miasta. Łzom i wiwatom Wiedeńczyków nie będzie końca. Jednak za to okazywanie czci Polakom i królowi Polski feldmarszałek popadnie w niełaskę u swojego cesarza Leopolda. Tym ostatnim, to się pewno stary żołnierz wcale specjalnie nie przejmował. Co ciekawe, wobec Króla Jana III to von Stahremberg i wiedeńczycy zachowywali się z wdzięcznością i z honorami. Pyszałkowaty i naburmuszony Cesarz Niemiecki nie umiał okazać wdzięczności. Cóż, polityka niemiecka, zawsze widać taka sama, a obecnie wiedeńczycy najchętniej zapomnieliby o polskiej wiktorii pod Wiedniem.

Po bitwie król Jan posłał żonie 400 wozów załadowanych najcenniejszymi łupami. Ponieważ ta wielka bitwa jest też obecnie skutecznie deprecjonowana przez historyków, warto wiedzieć, że w obozie tureckim Polacy zdobyli samych prochów strzelniczych wartych, jak oszacowano, ponad 5 milionów złotych. Roczne dochody budżetu państwa na stopie pokojowej wynosiły w ówczesnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów 1 milion 200 tysięcy złotych. Faktycznie pod Wiedniem starły się ogromne armie liczące po stronie tureckiej około 500 tys. żołnierzy plus około 200 tys. służby taborowej, a po stronie katolickiej około 70 tys. żołnierzy, w tym 27 tys. Polaków, plus około 20÷30 tys. służby w taborach do tej ilości należy jeszcze doliczyć garnizon obrońców Wiednia. Straty Turków w bitwie wyniosły do 20 tysięcy zabitych i 5 tysięcy rannych, podczas gdy sprzymierzeni stracili 1500 zabitych i około 2500 rannych. Znaczna część armii tureckiej zdołała ujść z pogromu, tracąc jednak część uzbrojenia, wszystkie działa oraz zapasy wojenne. Od pogromu wiedeńskiego imperium osmańskie nie przeszło więcej do ofensywy, a wielki wezyr Kara Mustafa za przegraną bitwę wiedeńską i całą nieudaną wyprawę wojenną został z rozkazu sułtana uduszony. Ponieważ na wezwanie cesarza Leopolda pośpieszyli mu z pomocą praktycznie wszyscy katoliccy władcy niemieccy, była to dziwna bitwa, w której Polacy i katoliccy Niemcy walczyli ramię w ramię. Jednak bez Polaków sami Niemcy nigdy by tej bitwy nie wygrali.

Bilans Bitwy Wiedeńskiej

Pod Wiedniem były wszystkie wojska Bawarii, Szwabii, Saksonii, Badenii, Wirtembergii, Frankonii, jednak gdyby nie było tam Polaków, nie byłoby wspaniałego zwycięstwa, a bardzo spektakularna porażka. Następnie całe południowe Niemcy z Bawarią i dalej aż po Ren, Austria, Saksonia, cały Półwysep Apeniński, całe Czechy, Morawy plus ewentualnie Śląsk stałyby się prowincjami muzułmańskiego imperium. Podbój reszty Europy byłby kwestią czasu, w tym północnych Niemiec i Polski – bardzo niedługiego czasu. Bitwa Wiedeńska nieodwołalnie zmienił przebieg dziejów, a Imperium Osmańskie z drogi podbojów zepchnęła do defensywy.

Winni temu są jak zwykle – POLACY.

O czym piszą Czytelnicy

Dla każdego autora jest to moment radości, że słowa jego są czytane. Dostałem niezmiernie ciekawy list, w którym Czytelnik zarzucił mi, że w pierwszym artykule z cyklu „Niepokonani” wyliczając momenty przełomowe, w których Polacy zupełnie zmienili historię świata, pominąłem jedno ważne wydarzenie. A mianowicie w wieku XX-tym Kampanię Wrześniową. A tak, to jest racja. W wieku XX Polacy zmienili historię świata trzy razy. W roku 1920, we wrześniu 1939 oraz pułkownik Ryszard Kukliński w latach 1977-1981. Najmniej znany i niedoceniany z tych tematów to rzeczywiście „polski wrzesień” z 1939 roku.

O co chodzi w tym temacie? Odpowiedź jest prosta – chodzi o tzw. pierwotny plan wojenny III Rzeszy. Spróbujmy wyobrazić sobie, jak by jego realizacja mogła wyglądać. Otóż w sierpniu 1939 roku w ramach manewrów wojsk zmotoryzowanych przy granicy belgijsko-francuskiej, dwa niemieckie korpusy pancerno-motorowe miały sobie, ot tak po prostu, wjechać do Belgii i przez terytorium tego małego państwa dojechać prosto do … Paryża! Oczywiście, bez żadnego wypowiadania wojny, po uprzednim „zdjęciu” posterunków granicznych przez spadochroniarzy i dywersantów. Po jednej nocy szybkie wojska byłyby prawie w połowie drogi. Potem rząd Hitlera miał wydać uspokajające komunikaty, że wojska tylko pomyliły drogę i zaraz zawrócą. Jednak nie o zawracanie tu chodziło ale zajęcie Paryża i usunięcie francuskiego rządu, prezydenta, parlamentu, Sztabu Generalnego, centrów łączności i kluczowych magazynów mobilizacyjnych oraz lotniska. W tej sytuacji w trzy dni było by po wojnie! Potem oczywiście kolejne niemieckie korpusy miały wjechać do Francji (w celach m.in. okupacyjnych), a cała Luftwaffe miała przebazować się na lotniska nad kanałem La Manche (zwanym w Anglii „English Channel”). We wrześniu 1939 roku Hitler planował ultimatum dla Anglii, w którym wymieniono powrót na tron niemieckiego agenta króla Edwarda VIII (gdy brytyjskie MI-6 potwierdziło, że to niemiecki agent, zmuszono króla do abdykacji pod pozorem nieszczęśliwej miłości do pani Simpson), obsadzenie rządu osobami „przyjaznymi” wobec III Rzeszy, wydanie Niemcom części floty wojennej (rewanż za Scapa Flow w 1918 roku) i … sojusz wojenny ze zobowiązaniem Anglików do kontroli kluczowych szlaków wodnych świata zgodnie z życzeniami Niemiec. W tej sytuacji żadne amerykańskie statki z tuszonką dla „Red Army” wokół południowej Afryki by wtedy nie przepłynęły. Podobnie w pobliżu Australii czy Singapuru. Kontrola tych i podobnych kluczowych miejsc przy nawet w miarę niedużych siłach floty i lotnictwa jest niezwykle skuteczna.

Powie ktoś, że to bajki, że bitwę o Anglię Luftwaffe przegrało w 1940 roku. Faktycznie tak było ale tu potrzebna jest znajomość szczegółów. Luftwaffe w 1939 roku była już gotowa do akcji, a Royal Air Forces (RAF) nie dysponowały dosłownie ani jednym nowoczesnym myśliwcem! To na czym latali Anglicy było nawet gorsze od polskich PZL P-11, podstawowego polskiego myśliwca w 1939 roku. Pierwsze 40 nowoczesnych samolotów Hawker Hurricane angielscy piloci dostali dopiero w … styczniu 1940 roku!

Hitler zdecydował się jednak najpierw na wojnę z Polską, bo obawiał się, że w przeciwieństwie do zachodnich sojuszników, którzy nie wsparli nas w potrzebie, Polacy nie zaśpią gruszek w popiele i w wypadku ataku na Francję rozpoczną prawdziwą wojnę z Niemcami otwierając drugi front. Nie jest dla żadnego historyka tajemnicą, że Hitler po kampanii wrześniowej w Polsce chciał atakować na zachodzie w październiku, a nawet w początkach listopada 1939 roku. Rozumiał on, jak bezcenną szansę bezpowrotnie traci. Ale jego generałowie bezradnie rozkładali ręce. Po stratach, jakie zadali im Polacy (m.in. 50% pierwotnego stanu czołgów i 30% posiadanych samolotów) – nie za bardzo było i czym atakować. Straty poniesione w Polsce niemiecki przemysł musiał odrabiać przez długie pół roku. W ten sposób ginące w 1939 roku Wojsko Polskie definitywnie wybiło mu z rąk najkorzystniejszy wariant rozegrania II wojny światowej. Tego akurat nam Polakom Hitler wybaczyć nie chciał, a w miarę narastania niepowodzeń wojennych rosła jego nienawiść do Polaków.

Tak, Polacy zmienili w jednym tylko XX wieku historię powszechną świata trzy razy. Gdyby nie Polacy, historia świata potoczyłaby się zupełnie inaczej. Dla porównania, kontynentalne Chiny w ciągu dwudziestu ostatnich wieków swoich dziejów też zmieniły historię świata trzy razy. Pierwszy raz gdy wygnano z Chin Mongołów (powstanie ludowe, które wyniosło do władzy rodzimą dynastię Ming w XIV wieku). Drugi raz gdy w latach 60. XX wieku zbuntowały się Moskwie. Trzeci raz, gdy w latach 80. XX wieku zgodziły się na transfer najnowocześniejszej technologii zaproponowany im przez Iluminatów. Ten ostatni raz to jakby nie całkiem ich zasługa. Wygląda na to, że w najbliższym czasie zmienią historię świata po raz czwarty wygrywając wojnę o swobodę handlu z Amerykanami. Dlaczego piszę o Chinach. Ponieważ to wielki kraj o bardzo bogatej historii. Jednak zestawienie jego dokonań i wpływu na światową historię z dokonaniami Polaków tylko w XX wieku wypada bardzo blado.

Ważne refleksje

Czy myślicie Państwo, że Polska upadła z powodu Liberum veto? Jesteście w błędzie. Każdy sprawny Król Polski potrafił sobie radzić z Liberum veto. Król Jan III Sobieski robił to w ten sposób, że zwoływał Sejmy na Zamek Królewski w Warszawie. Zaś pod zamek zapraszał przez zaufanych oficerów rzesze drobnej szlachty. Na pobliskim Mazowszu mieszkało jej bez liku. Gdy już zbliżało się głosowanie, król kazał „dla chłodu” otwierać okna. Zdumieni posłowie ujrzeli pod zamkiem tłum 70 tysięcy drobnej szlachty z szablami w garściach, który groźnie pokrzykiwał: „A krzyknij no który veto – żyw z zamku nie wyjdziesz!”, albo „Bigosować kanalię!”, czytaj posiekać posła szablami jak kapustę. Czy sądzicie Państwo, że ktokolwiek miał odwagę zerwać Sejm?

Czy myślicie Państwo, że pierwszą polską Konstytucją była ustawa sejmowa z dnia 3-ego maja 1791 roku? Jesteście w błędzie. Pierwsza polska Konstytucja pochodziła z 1374 roku i zwała się „Neminem capiti vabimus”. Druga arcyważna polska Konstytucja pochodziła z roku 1570 i zwała się „Nihil Novi”. Owszem – w dawnej Polsce „konstytucjami” zwano wszystkie uchwały sejmowe. Ale te wyżej wspomniane regulowały całokształt spraw państwa.

W szkole uczono Was wielu bzdur i półprawd, a nawet wielu rzeczy fałszywych bo zarówno zaborcy jak i komuniści i postkomuniści chcieli, żebyście nie mieli rzeczowej i prawdziwej wiedzy o historii Polski i Polaków. Szczególnie chodziło o to, by „Niepokonani” i ich dorobek z czterech stuleci zniknęły ze świadomości Polaków. Podobnie jak unikalność i niezwykłość kultury polskiej, choćby unikalność wspomnianego stosunku do kobiet i ich roli w społeczeństwie.

Lecz nie uprzedzajmy następnego artykułu. O tych sprawach za tydzień. Niektóre tematy musza trochę odleżeć. Jestem pełen podziwu dla Czytelników, że czytają Państwo takie przydługie teksty. Jednak o tych sprawach tak trudno krócej pisać.

Polska upadła z powodu odejścia od swojej pierwotnej głęboko religijnej (katolickiej) duchowości połączonej w unikalnym związku z postawą samodzielności intelektualnej. Z wszystkim tegoż połączenia skutkami w postaci samodzielnej myśli państwowej, prawniczej i wojskowej. Zastąpiły je najpierw religijne hiszpańskie namiętności, a potem „oświeceniowa” degeneracja z bezmyślnym zapatrzeniem w zachodnie masońskie wzorce.

Sprawdź także

Po 89 r. nazwano latami wolności, czy jednak tak było?

Jak zwyczajny Polak czuje, co się stało z Polską po tzw. „upadku  komunizmu”, co się stało politycznie i …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: