piens.pl / POLSKA / Świątynia masońska pod Waszyngtonem

Świątynia masońska pod Waszyngtonem

Świątynia ku czci Jerzego Waszyngtona jest chyba najokazalszą budowlą w Aleksandrii pod Waszyngtonem. Nie tylko wzniesiona została na wzgórzu górującym nad okolicą, ale w dodatku zaopatrzona w wieżę zwieńczoną czymś w rodzaju ucha igielnego – a w każdym razie do ucha igielnego bardzo podobnym. Oczywiście nie jest to żadna „świątynia ku czci Jerzego Waszyngtona”, tylko muzeum masonerii, ale chociaż jest to muzeum, do którego trzeba kupować bilety, to nikt, kto tam wchodzi, nie ma wątpliwości, że wszedł do świątyni. Takie wrażenie sprawia nadnaturalnej wielkości posąg Jerzego Waszyngtona w stroju wolnomularskim pełnej gali – a okazuje się, że w niższej kondygnacji jest druga sala z nieco mniejszym posągiem Ojca-Założyciela Stanów Zjednoczonych. Ten drugi posag jest nieco mniejszy, bo i sala jest niższa, a strop podtrzymywany przez przysadziste kolumny. Gdyby Jerzy Waszyngton był rosyjskim, a właściwie nie tyle rosyjskim, co sowieckim bohaterem narodowym, to w świątyni wzniesionej ku jego czci na pewno byłby jeszcze trzeci posąg – jako dziecka – ale w Ameryce nawet tutejsze masony zachowują umiar i dziecięcej wersji Jerzego Waszyngtona nie ma. Zresztą – jakże wystroić posąg dziecka w masońskie emblematy pełnej gali?

Gadżet masoński do zakupienia w muzeum: gwmemorial.org
Gadżet masoński do zakupienia w muzeum: gwmemorial.org

Ze znajdującej się w muzeum informacji o masońskich lożach wynika, że najpóźniej – bo dopiero w 1989 roku – została zainstalowana loża na Hawajach, gdzie poza tym liczba masonów nie jest wielka – w odróżnieniu od innych stanów, gdzie zarówno liczba lóż masońskich, jak i masonów jest imponująca. Skłania to oczywiście do zastanowienia nad charakterem demokracji politycznej w USA. Charakterystyczne jest bowiem to, że wśród wybitnych masonów, których fotografie ozdabiają ściany muzeum, nie ma nie tylko ani jednego Murzyna, ani Chińczyka, ani przedstawiciela żadnej innej rasy poza białą. Wprawdzie pani Jola, z którą o tym rozmawiałem opowiadała mi, że na palcu murzyńskiego listonosza widziała pierścień w masońskimi emblematami, ale to o niczym nie musi świadczyć, bo w sklepiku, który również w tym muzeum, jak zresztą w każdym amerykańskim muzeum jest – można sobie taki pierścień kupić, podobnie jak wiele innych gadżetów opatrzonych masońskimi emblematami, jak na przykład krawaty, czy muszki w gustowne cyrkielki, koszule z gorejącą gwiazdą, czapki z cyrklem nad daszkiem, kubki i tym podobne rzeczy.

Ale oprócz tych gadżetów, w sklepiku jest także wielka ilość masońskich dewocjonaliów, które na pewno nie służą do ozdoby, a w każdym razie – nie przede wszystkim – tylko do odprawowania jakichści skomplikowanych rytuałów. Skomplikowanych – bo skomplikowana jest także cała masońska symbolika – te wszystkie kolumny, cyrkle, węgielnice, kielnie i inne murarskie akcesoria. Nawiązuje ona do średniowiecznej murarskiej tradycji, kiedy to umiejętność wznoszenia katedr rzeczywiście mogła uchodzić nie tylko za „sztukę królewską”, ale i swego rodzaju wiedzę tajemną. Dzisiaj jednak tej „sztuki królewskiej” naucza się całkiem jawnie we wszystkich politechnikach świata, więc o jakiej „sztuce królewskiej” rozprawiają masony podczas zamkniętych, rytualnych posiedzeń? Nie jest wykluczone, że obecnie chodzi o umiejętność skrytego manipulowania wielkimi masami niczego nie podejrzewających ludzi. To rzucałoby snop światła na współistnienie w Stanach Zjednoczonych rozbudowanej masonerii i demokracji politycznej, wskazując jednocześnie, że demokracja może jako tako funkcjonować tylko wtedy, gdy opiera się na jakimś porządku niedemokratycznym.

W naszym nieszczęśliwym kraju demokracja opiera się na niedemokratycznym spisku bezpieczniackich watah, które właśnie przygotowują podmiankę na politycznej scenie, stręcząc znękanemu mniej wartościowemu narodowi pana prof. Balcerowicza, jako nowego jasnego idola, w którym mamy złożyć wszystkie nadzieje. To znaczy – nie wszystkie – bo w rezerwie jest jeszcze pan prof. Jan Hartman z żydowskiego Zakonu Synów Przymierza. Już wydawało się, że i on będzie odprawował konwencję założycielską, ale stary kiejkut Leszek Miller jakoś utrzymał się na stanowisku przewodniczącego SLD i prof. Hartman musi trochę poczekać na swoje pięć minut. Ciekawe czym stary kiejkut zaszachował opozycję, która chciała pozbawić go stanowiska? Tkwiąc tyle lat w polityce musi on o każdym towarzyszu coś wiedzieć, a ponieważ na tym świecie pełnym złości, a w SLD zwłaszcza nikt nie jest bez grzechu wobec Boga i bez winy wobec cara, to w tych warunkach nietrudno utrzymać dyscyplinę partyjną, przypominając każdemu z osobna: no, frędzlu, – bo powiem! Oczywiście w tych warunkach cena zachowania stanowiska jest bardzo wysoka, toteż należy spodziewać się podmianki również i na lewicy, gdzie też trzeba wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu.

Naturalnie takie zmiany muszą dokonywać się w gęstych oparach obłudy, podobnie jak w gęstych oparach obłudy muszą dokonywać się masońskie obrzędy. Jak zauważył niemiecki kanclerz Otto Bismarck, dobrze, że ludzie nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki. Trudno mi tedy uwierzyć, że taki na przykład Jerzy Waszyngton, czy prezydent Jackson, który o mechanizmach polityki coś tam przecież musiał wiedzieć, mógł traktować serio dyrdymały o „braterstwie”, od których w masońskich deklaracjach aż się roi. Zresztą – jakie tam „braterstwo”, skoro wśród fotografii wybitnych masonów, jakie w wielkiej ilości ozdabiają ściany muzeum, nie ma ani jednej fotografii Murzyna, czy Chińczyka?

Stanisław Michalkiewicz

źródło: www.michalkiewicz.pl

Od redakcji PIENS: Czy poniższe zdjęcie nie przypomina Państwu kaplicy katolickiej? Jest to kaplica zakonu templariuszy znajdująca się na ósmym piętrze muzeum masonów w Aleksandrii.

fot.: pl.wikipedia.org
fot.: pl.wikipedia.org

Sprawdź także

Dodatnie i ujemne plusy Brexitu

Ajajajajajajaj! Co to będzie? Panie Cyngielman, pan ruszaj na ratunek Europie, a jak pan nie …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: