piens.pl / Felietony / takiście panie uceni, takiście uceni, jaze głupi

takiście panie uceni, takiście uceni, jaze głupi

Wymowni Francuzi mają porzekadło, zaczerpnięte, jak się wydaje, ze skarbnicy starożytnych Rzymian, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji – że mianowicie les extremes se touchent, co się wykłada, że przeciwieństwa się stykają. Ciekawa rzecz, że przedstawiciele naszego mniej wartościowego narodu tubylczego też na to wpadli, tyle, że nie doszli do uogólnień, tylko pozostali na poziomie konkretu. Inna rzecz, że trudno wymagać czegoś innego od przedstawiciela warstwy społecznej, twardo trzymającej się ziemi. Mówię oczywiście o chłopach – może nie tych z Marszałkowskiej, czy Wiejskiej, chociaż i im trudno postawić zarzut oderwania od ziemi. Jeśli już – to najwyżej zarzut oderwania od mas, co zdaniem Lenina zawsze było dla partii zapowiedzią politycznej katastrofy. Generalnie bowiem chłopi są twardymi realistami, na co w swoich wspomnieniach zwrócił uwagę Adam Grzymała-Siedlecki. Powiada on, że w odróżnieniu od dzieci miejskich, które bawią się „w coś”, na przykład – „w wojsko”, „w pociąg”, czy „w kooperatywę” (taką zabawę opisał Józef Mackiewicz w jednym z opowiadań z czasów pierwszej okupacji sowieckiej na Kresach: przed patykiem mającym przedstawiać szlaban ustawiała się kolejka dzieci, wśród których co pewien czas wybuchała awantura, uśmierzana przez dziecko odgrywające rolę milicjanta) – dzieci chłopskie zabawy w tym znaczeniu nie znały; ich zabawą była gonitwa, zmaganie się, gra w chlusta, czy w cechy, słowem rywalizacja serio, nie na niby. Tak było za jego czasów i tak od dziecka kształtował się typ człowieka – realisty. No i taki właśnie realista w osobie bacy, napotkał kiedyś uczonego profesora, coś w rodzaju pana Jana Hartmana. Wysłuchawszy jego wywodów, skomentował je z nutką podziwu, ale i przygany: „takiście panie uceni, takiście uceni, jaze głupi!” Trudno nie oddestylować w tym komentarzu zasady: les extremes se touchent.

Weźmy taką panią profesor Halinę Grzymałę-Moszczyńską, która – jak głosi wieść gminna – już od ponad 20 lat zajmuje się w Polsce imigrantami. Miejmy nadzieję, że nie bezinteresownie, bo dobrze byłoby, gdyby przynajmniej ona miała z imigrantów jakiś pożytek. Ale mniejsza o to, bo ciekawsze są spostrzeżenia, jakie pani profesor poczyniła w trakcie tych „ponad 20 lat” zajmowania się imigrantami. W rozmowie z panem Grzegorzem Żabińskim stwierdza, że „uchodźcy z Bliskiego Wschodu szukają w Europie godności. Nie nowego samochodu” i na dodatek informuje, że „nikt nie rzuca domu tylko po to, żeby płynąć morzem, narażając się na utonięcie i szukać sobie nowego domu wśród obcych”. Zwracam uwagę na kategoryczny charakter tej uwagi: „nikt” – i tak dalej. Najwyraźniej pani profesor albo nie słyszała, albo zapomniała o epoce wielkich odkryć geograficznych, kiedy to tysiące Europejczyków wyruszało na oceany w podróże znacznie bardziej niebezpieczne, niż dzisiaj, bez nadziei na to, że w razie czego jakaś straż przybrzeżna podpłynie i wyłowi. Przyczyny tej wędrówki ludów były oczywiście ekonomiczne; udana wyprawa po korzenie do Indii przynosiła bajeczne zyski – ale udawała się zaledwie jedna na sześć. Pozostałych pięć albo ginęło bez wieści, albo po wielu latach wracało do metropolii w postaci szczątkowej.

Nawiasem mówiąc, jedną z przyczyn tej ponurej statystyki była biurokratyczna inercja. Problemem ówczesnej żeglugi nie tyle były morskie niebezpieczeństwa, bo na oceany wypuszczali się ludzie znający rzemiosło żeglarskie, tylko… szkorbut. Na ówczesnych statkach załoga odżywiała się głównie sucharami i solonym mięsem i w rezultacie po przekroczeniu równika pojawiał się szkorbut. Otwierały się stare rany, wypadały zęby, ludzie opadali z sił i większość ówczesnych morskich katastrof brała się stąd, że na statku nie miał kto ciągnąć lin, nie miał kto pracować. Kapitanowie sądzili, że na półkuli południowej jest złe powietrze, ale zauważyli też, że sok z cytryny usuwa objawy szkorbutu i nie szczędzili pochwał Opatrzności, że na złe powietrze przygotowała takie remedium. Sprawa była znana niemal od początku oceanicznej żeglugi, ale cóż z tego, kiedy Admiralicja przez całe 150 lat nie chciała przyjąć do wiadomości spostrzeżeń jakichś tam kapitanów? Toteż kapitan Cook wyruszając w podróż, która doprowadziła go do Australii, zabrał do ładowni beczki z kiszoną kapustą i zarządził, że oficerowie mają codziennie wypijać łyżkę kapuścianego kwasu, a marynarze – jak chcą. Oczywiście marynarze chcieli pić to samo, co pili oficerowie i w ten oto sposób na okrętach tworzących eskadrę kapitana Cooka nie było szkorbutu.

W tym kontekście opowieści pani profesor Haliny Grzymały-Moszczyńskiej, jakoby „nikt” – i tak dalej – nie wytrzymują konfrontacji z powszechnie znanymi faktami historycznymi i to już na pierwszy rzut oka. Mniejsza jednak o to – chociaż może to niedobrze, że osoba z akademickim tytułem jest tak mało spostrzegawcza – bo ciekawsza jest opinia pani profesor, jakoby motywacja ekonomiczna uchybiała „godności”. Taki w każdym razie wniosek wynika z zacytowanej wyżej opinii: albo samochód, albo godność. Miejmy tedy nadzieję, że pani profesor nie ma samochodu, bo w przeciwnym razie – strach pomyśleć! Najciekawsze, że pani profesor wygłasza tego rodzaju opinie jednocześnie z informacjami, że rodziny młodych imigrantów musiały się złożyć, a kto wie, czy nawet nie zapożyczyć na sfinansowanie wyprawy wysłannika do Europy w nadziei, że zainwestowane pieniądze szybko wrócą i pozwolą na sfinansowanie wyprawy następnego poszukiwacza godności. Ale już wiemy, że pani profesor jest mało spostrzegawcza, więc skupmy się raczej na tym, co właściwie oznacza owa „godność”?

Nadzieja ożywiająca zarówno młodych imigrantów, jak i ich pozostałe na miejscu rodziny, na szybki obrót zainwestowanych w wyprawę pieniędzy oznacza, że nie liczą oni na mozolne dorabianie się w krajach osiedlenia, tylko na szybki, a może nawet błyskawiczny finansowy awans. Ten jest jednak możliwy tylko w przypadku obdarzenia imigranta jakimś finansowym przywilejem. Taki przywilej jednak oznacza, że wszyscy, którzy tego przywileju będą pozbawieni, będą musieli oddawać imigrantowi jakąś część wytworzonego przez siebie bogactwa. A pozbawieni tego przywileju będą przede wszystkim obywatele kraju osiedlenia. Oznacza to, że ta cała „godność” to tylko inna, elegancka nazwa nadziei na uzyskanie przez imigranta statusu właściciela chłopów pańszczyźnianych. Bo chłopa pańszczyźnianego nikt przecież nie pyta, czy oddawanie swemu panu bogactwa, jakie wytworzył swoją pracą, podoba mu się, czy nie. Zmusza go do tego „państwo” – to samo „państwo”, za pośrednictwem którego wymusza na pańszczyźnianych chłopach swoje wynagrodzenie również pani profesor Halina Grzymała-Moszczyńska, nie dając nam nawet szansy na ocenę, czy jej praca przy imigrantach jest pożyteczna, czy nie. Czyż w tej sytuacji możemy się jeszcze dziwić, że odczuwa wspólnotę swoich losów z imigrantami?

Stanisław Michalkiewicz

Sprawdź także

Likwidacja cła – bomba z opóźnionym zapłonem. Zawleczka już została wyciągnięta.

Do końca 2016 roku rząd planule zlikwidować Służbę Celną w jej obecnym kształcie. Celnicy już …

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: